ROBERT JANOWSKI – Życie jest melodią
Obcy jest mu współczesny show-biznes, przesiąknięty bylejakością i nastawieniem na szybką karierę. Wytrwale realizuje swoje pasje, które plasują go na pozycji artysty z dorobkiem. Z dumą przyznaje, że należy do klubu ludzi doceniających dojrzałość, których znakiem rozpoznawczym jest „5” z przodu. Bo nie metryka jest ważna, ale to, żeby iść przez życie z uśmiechem na twarzy i słowami piosenek na ustach
Rozmawia LIDIA DRABAREK
20.00 to najwcześniejsza godzina, o której udało mi się wreszcie z tobą umówić. Wielokrotnie też zmienialiśmy daty spotkania. To już nie zawrotne tempo życia, ale galop, w którym z powodzeniem funkcjonujesz. Jak ci się to udaje?
– Po każdej gonitwie jest odpoczynek – tak mam na szczęście, kiedy wracam do domu, i to jest bezcenne! Pozwolisz, że zapalę, zanim zaczniemy naszą rozmowę? To też drobna forma relaksu, choć już nie raz słyszałem nie tylko od ciebie, że papieros do mnie nie pasuje. O, widzę zdziwienie na twojej twarzy. To naprawdę jedna z moich drobnych wad. Są ludzie, którzy co roku w Sylwestra składają różnego rodzaju obietnice, np. że przestaną palić, i nie są w tym konsekwentni, a ja co roku przyrzekam sobie, że będę nadal palił, i konsekwentnie to robię. Jestem silny i zdrowy. Badam się regularnie z rozsądku i będę badał, bo tak trzeba. Mój głos z powodu palenia papierosów z biegiem lat nabrał oryginalnej barwy, a – biorąc pod uwagę życiowe przykłady – jestem przekonany, że to nie papierosy są głównym powodem różnego rodzaju problemów zdrowotnych. Lubię palić – tak już mam!
Powiem tak: jak każdy musisz mieć jakieś wady, a jeżeli ta jest tą najmniejszą, pal Robercie, pal! Chciałam cię na początek naszej rozmowy zapytać, kto twoim zdaniem jest VIP-em?
– VIP to dla mnie przede wszystkim człowiek biznesu. Dobrze wykształcony, zamożny, latający własnym samolotem, posiadający kilka dobrych markowych samochodów z czarnymi szybami, kilka domów na świecie, mający skuteczną ochronę itd. Na pewno nie jestem VIP-em! To nie dla mnie! I na pewno nie chcę być celebrytą w polskim wydaniu. Ponieważ cenię sobie wasz tytuł, który od lat jest na rynku wydawniczym, ma swoją dobrą historię i rangę, z przyjemnością umówiłem się na ten wywiad.
Celebryta nie brzmi dumnie?
– W naszej rzeczywistości celebryta to w większości przypadków ten, który często bywa „na salonach”, niezależnie od ich jakości, i staje na tzw. ściance, żeby ładnie wypaść na zdjęciach. Tak wielu ludzi bez talentu, ciekawej historii życia, bez klasy i rasy zostaje celebrytami tylko dlatego, że są w jakiś sposób inni. Nie są godni szacunku i uwagi dzięki swoim zdolnościom i osiągnięciom, ale np. dlatego, że wywołali skandal. Nie akceptuję tego i dlatego nie jestem znany z tego, że „bywam”. Bardzo świadomie przyjmuję różnego rodzaju zaproszenia i wyróżnienia, nie wychodząc jednak przed flesze aparatów.
Rozmawialiśmy kiedyś o tym, że dojrzałość ma wiele zalet. Jesteś facetem z „5” z przodu. Nie masz absolutnie problemu z upływem czasu. Żartowaliśmy w czasie tej rozmowy, że czekamy na kolejnych członków klubu doceniających dojrzałość, a jest ich wielu.
– Moje pokolenie jest cierpliwe, ma dystans do siebie, mówi po polsku, a nie po „polskiemu”, używając niepotrzebnych skrótów. Umiemy się komunikować, nie sprowadzając wszystkiego do „jednego kliknięcia”, choć rozumiem, że technologia robi swoje.
Talent to coś, co wcześnie ujawniło się w Robercie?
– W czwartej klasie szkoły podstawowej na lekcję przyszedł pewien pan i poprosił o zaśpiewanie wybranej piosenki. Nikt się nie zgłaszał, więc typowany zaśpiewałem bez zbędnych oporów i okazało się, że kwalifikuję się do szkoły muzycznej. Posłuszny, grzeczny Robert, jak większość dzieciaków wówczas, bez sprzeciwu poddał się decyzji nauczyciela i matki.
Jakie były wyniki tego posłuszeństwa?
– Nie byłem dobrym uczniem, bo ten wybór był trochę przymusem. Wolałem grać w piłkę, trenowałem siatkówkę, tenisa stołowego. Po tych pierwszych, mówiąc kolokwialnie, schodach, trafiłem jednak do średniej szkoły muzycznej, i tu dopiero zaczął się smutek. Uczyłem się grać na fagocie, co jeszcze bardziej zraziło mnie do muzykowania. Ostatecznie zszedłem z tej drogi muzycznej męki i z radością zacząłem śpiewać, nie mając oczywiście poczucia, że robię to dobrze. Od początku tego wyzwania uważałem się za interpretatora, wiedziałem, że najważniejsze jest wywoływanie u innych emocji i wzruszeń – bardzo się starałem i tak jest do dziś. Prawdziwą szkołą rozwijania zdolności interpretatora była praca z Januszem Józefowiczem w zespole Teatru Buffo, a wcześniej z „Metrem”. Janusz był bardzo wymagający, perfekcyjny i często nam powtarzał: „Grajcie tak, jakbyście robili to po raz pierwszy i ostatni”. To miało moc i muszę przyznać, że maksymę tę stosuję do dziś.
„Metro” – jak wyglądała praca w tym odważnym przedsięwzięciu artystycznym?
– Zostałem totalnie „przeczołgany”, zresztą podobnie jak cały zespół. Codziennie pracowaliśmy nawet po kilkanaście godzin. Tak naprawdę nigdy nie usłyszałem, że jestem dobry. „Mobilizujące” było, że jesteśmy do niczego, że za drzwiami teatru stoi kilkudziesięciu chętnych, żeby nas zastąpić. Cały czas mieliśmy poczucie zagrożenia, ale ci, którzy wytrzymali – jak się potem okazało – uznali to wszystko za najlepszą szkołę uczenia się zawodu. Kiedy dowiedziałem się, że będę grał główną rolę, a było to o 2.00 w nocy na dzień przed premierą, nie mogłem w to uwierzyć. Ta rola od początku była przeznaczona dla reżysera „Metra” Janusza Józefowicza. W nocy odbyły się kolejne próby i kiedy skończyliśmy ostatnią, bałem się myśleć, co będzie następnego dnia. Radość i strach sięgały zenitu.
Jak przebiegła premiera?
– Nie pamiętam! To chyba najkrótszy komentarz do emocji, jakie mi wówczas towarzyszyły. Kolejne spektakle to już była przysłowiowa bułka z masłem, bo grałem je przez 7 lat wiele razy.
Czy „Metro” to największe przeżycie artystyczne Roberta Janowskiego? Choć złym komentarzom długo nie było końca, wasz występ w USA był ogromnym sukcesem. Tysiące ludzi obejrzało spektakl i były momenty, kiedy – wychodząc z teatru – musieliście mieć ochronę policji, tylu było fanów!
– Nie chcę tego oceniać, wiem tylko, że w tamtej amerykańskiej rzeczywistości wszystko powinno być załatwiane w gabinecie ważnego dyrektora. Nikt chyba nie zdawał sobie z tego sprawy – biznes to biznes! My nie byliśmy na to przygotowani i myślę, że dziś byłoby podobnie. To był naprawdę wielki artystyczny sukces, ukłon w stronę publiczności, tylko bez odpowiedniego zaplecza. Nikt nas nie pytał, za ile gramy, a dziś od tego zaczyna się rozmowy. My – wtedy młodzi ludzie z różnych środowisk – byliśmy przejęci tym, co robimy, szczęśliwi, że gramy, to było dla nas najważniejsze i prawdziwe.
Ważnym momentem w twoim życiu było poznanie Jonasza Kofty…
– To było wyjątkowe, a przydarzyło mi się jeszcze przed pracą w „Metrze”. Spędzaliśmy dużo czasu na rozmowach. Jonasz powierzył mi swoje teksty, a ja napisałem do nich muzykę. Tak powstał musical „Kompot”, który został wystawiony w fabryce Norblina. Pokazywał środowisko narkomanów – grałem jednego z nich. Byłem wtedy zbuntowanym młodym człowiekiem, głośno śpiewałem, darłem się. Jonasz mówił mi spokojnie: „Nie musisz głośno śpiewać, żeby cię zrozumiano”. Przedstawienie zdjęto z desek, bo nie pasowało do czasów głębokiej komuny – nie wolno było wtedy mówić o takich problemach. Jonasz odszedł, ale nieustannie mam go w pamięci.
Robert Janowski – aktor?
– Nie czułem się aktorem, choć było kilka ról zauważonych nie tylko przez widzów. Grałem głównie narkomanów i gejów, do czego predysponowały mnie długie kręcone włosy i twarz cherubinka. Kilka razy zagrałem też w teatrze.
Od emisji pierwszego odcinka programu „Jaka to melodia?” minęło 18 lat. Od tego czasu gromadzisz przed telewizorem miliony widzów, którzy darzą cię ogromną sympatią, to wielki sukces!
– Przez te wszystkie lata rozmawiałem z tysiącami ludzi. Wielu z nich było bardzo interesujących i zdolnych. Byłem przekonany, że ten program utrzyma się na antenie kilka lat, jak wiele podobnych telewizyjnych show. Trafiłem przed kamery na zdjęcia próbne, kiedy byłem z moim synem w telewizji na nagraniu do programu „Ziarno”. Śpiewaliśmy m.in. „Mury Jerycha”. Kiedy potem dowiedziałem się, że zaakceptowano mnie i zostanie nagrana pierwsza seria, byłem oszołomiony. Musiałem zmienić wygląd – obciąć włosy i zacząć ubierać się w stylu sportowej elegancji.
Bardzo cenne jest to, że w tym programie nie grasz pierwszych skrzypiec, a najważniejsi są dla ciebie zawodnicy. To ludzie z różnych miast, miasteczek, wsi, z różnych środowisk, a udział w tym programie to dla nich często najważniejsze chwile w życiu. Wielu z nich po czasie wystąpiło ponownie, opowiadając, jak zmieniło się ich życie dzięki temu programowi. Fenomenem jest to, że nie grasz prowadzącego, tylko jesteś prawdziwym gospodarzem, który dba o swoich gości. Jest w tym szczerość i szacunek, i dlatego ten program cieszy się taką popularnością.
– Dziękuję ci za te słowa. Każdy z moich gości jest inny i wymaga indywidualnego traktowania. Bardzo się staram, żeby wszyscy czuli się komfortowo. W każdym odcinku scenariusz praktycznie sam się pisze – tworzą go nasi goście i muzyka z całego świata, a ja to tylko scalam.
Na zakończenie naszego spotkania chcę cię namówić na „sceny z życia prywatnego”. Wiem, że nie obnosisz się z nim w mediach. Jestem pod wrażeniem harmonii w waszym domu – relacji twojej żony Moniki z twoimi córkami. Jestem zachwycona m.in. jej zupą pomidorową, której spróbowałam w czasie poprzedniej wizyty u was. Posiłki, szczególnie wspólne, to też ważny element życia rodzinnego. Jesteś mężczyzną „po przejściach”, ale widzę, że jesteś bardzo szczęśliwy…
– Miłość w wieku dojrzałym jest po prostu dojrzała. Moje poprzednie związki nie były udane, może byłem wtedy bardziej chłopakiem niż mężczyzną? Może oczekiwania obu stron były inne, może nie byłem „tym” facetem, dużo tych „może”. Życie. Rozstania są bolesne, nie tylko my cierpimy, lecz cierpią także nasi bliscy, ale myślę, że to wszystko jest po coś. Dzisiaj jestem szczęśliwy, że mam Monikę i że moje córki chciały zamieszkać z nami. Jej rola w naszym życiu jest ogromnie ważna, bo to ona tworzy klimat naszego domu – ona wszystko scala, jak to kobieta, i mimo wielu zajęć świetnie się jej to udaje. Podziwiam ją za to, jak dobrą jest mamą dla moich córek. Świetnie się rozumieją i mamy ułożony dom, choć jak wszędzie zdarzają się trudne chwile. Jestem szczęściarzem, że mam taką rodzinę i dom, do którego z radością wracam!
wywiad ukazał się w magazynie VIP


























Dodaj komentarz