Energetyka wymaga budowy ekosystemu
Zamiast skupiać się na deklarowanym 50-procentowym udziale polskich firm w jednym projekcie jądrowym, musimy myśleć o budowaniu zintegrowanych, krajowych ekosystemów wokół kluczowych technologii. To jedyna droga, żeby zbudować silny polski kapitał w całym łańcuchu dostaw dla transformacji energetycznej. Stawka jest ogromna − same potrzeby inwestycyjne w sektorze wytwarzania energii elektrycznej do 2040 r. szacuje się na 84−89 mld dol. – mówi dr Łukasz Młynarkiewicz, partner i szef Praktyki Energetyki Jądrowej w kancelarii Kochański & Partners, były prezes Państwowej Agencji Atomistyki i p.o. prezesa Polskich Elektrowni Jądrowych.

dr Łukasz Młynarkiewicz Fot. K&P
Na niestabilność prawa skarżą się przedsiębiorcy, samorządowcy, aktywiści z różnych środowisk. Z czego wynika nasza skłonność do „majstrowania” przy prawie i ciągłych zmian, nowelizacji, deregulacji?
Łukasz Młynarkiewicz: Ta skłonność do „majstrowania” przy prawie to część szerszego zjawiska − tzw. inflacji legislacyjnej. Wynika ona przede wszystkim z presji bieżącej polityki, która często przedkłada krótkoterminowe cele nad długofalową stabilność – absolutnie kluczową dla sektora energetyki. Mówimy tu o projektach, których cykl życia sięga 30−40 lat, a ich rentowność kalkuluje się na dekady. W takim otoczeniu każda nieprzewidziana zmiana w prawie generuje ogromne ryzyko i realne koszty. Często brakuje też fundamentów dobrego prawa: dogłębnych, popartych danymi ocen skutków regulacji i wystarczających konsultacji z uczestnikami rynku. To prowadzi do tworzenia prawa w sposób reaktywny – gasimy pożary, zamiast budować stabilne i przewidywalne ramy dla wieloletnich, strategicznych inwestycji.
Wyjściem z tego błędnego koła jest zmiana samej filozofii tworzenia prawa i wprowadzenie dwóch systemowych fundamentów. Po pierwsze musimy stworzyć „instytucjonalny bufor”, który oddzieli bieżącą politykę od długofalowej strategii regulacyjnej, chroniąc inwestorów i obywateli przed kosztami politycznej krótkowzroczności. Po drugie powinniśmy zacząć myśleć o prawie jak o platformie, a nie o sztywnym kodeksie: ze stabilnym fundamentem zasad i wbudowanymi mechanizmami adaptacji. W dobie rewolucji technologicznej zmiany są nieuniknione. Problemem nie jest sama zmiana, ale jej chaotyczny charakter. Nowoczesne prawodawstwo powinno działać jak system operacyjny – ustawa ma definiować niemal niezmienny fundament: cele i zasady, ale jednocześnie zawierać przejrzyste mechanizmy adaptacji w postaci elastycznych modułów − rozporządzeń, które ekspert-regulator może aktualizować w odpowiedzi na innowacje, nie naruszając zaufania rynku.
Podobne argumenty są podnoszone w kontekście zawiłości i swobody interpretacyjnej zapisów prawnych. Czy jest szansa na większą przystępność regulacji?
Łukasz Młynarkiewicz: Największą wadą, będącą konsekwencją wspomnianej presji politycznej, jest tworzenie prawa w sposób reaktywny, a nie proaktywny. To prowadzi do legislacyjnego chaosu, pośpiechu i powstawania przepisów niejasnych, wewnętrznie sprzecznych i nieprzystających do dynamiki rynku. Szansa na poprawę leży w zmianie warsztatu legislacyjnego. Kluczem jest koncepcja inteligentnej deregulacji. Chodzi w niej nie o bezrefleksyjne usuwanie przepisów, ale o ich strategiczne ulepszanie w ciągłym dialogu z rynkiem. Ostatecznym celem jest tworzenie prawa, które dzięki swojej prostocie obniża koszty transakcyjne, poprzez przewidywalność minimalizuje ryzyko inwestycyjne, a dzięki elastyczności jest w stanie nadążać za postępem technologicznym, a nie go blokować.
Przede wszystkim musimy przejść od prawodawstwa opartego na intuicji do prawodawstwa opartego na dowodach. Zanim powstanie nowy przepis, powinniśmy odpowiedzieć na pytania: jaki realny problem rozwiązujemy, jaka jest jego skala i jakie będą policzalne skutki proponowanej interwencji. Należy też odwrócić logikę konsultacji i zacząć od początku współtworzyć prawo z jego adresatami. Zamiast prosić o opinię do gotowego, często politycznie „zamkniętego” projektu, powinniśmy zapraszać rynek i stronę społeczną do pracy nad jego założeniami. Proces legislacyjny, na wzór projektów open source, powinien być radykalnie transparentny. Wtedy energia rynku zostanie skierowana na ulepszanie przepisów, a nie na walkę z nimi po ich uchwaleniu.
Jak polskie prawo w obecnym kształcie wpływa na rynek energetyki?
Łukasz Młynarkiewicz: Z jednej strony słusznie wyznacza ambitne cele transformacji, ale z drugiej jego szczegółowe zapisy i brak regulacji adekwatnych do stanu infrastruktury stają się potężnym hamulcem. Najbardziej jaskrawym przykładem jest sytuacja OZE. Obowiązujące regulacje i wynikające z nich ograniczenia sieciowe prowadzą do sytuacji, w której w 2024 r. operatorzy wydali blisko 8 tysięcy odmów przyłączenia projektów o łącznej mocy ok. 73,58 GW.
To nie jest tylko problem bieżących przepisów, ale symptom narastającego od lat długu regulacyjnego. Przez dekady zaniechano fundamentalnych reform w zakresie planowania i finansowania sieci. Dziś spłacamy ten dług w postaci zamrożonego potencjału inwestycyjnego, wartego dziesiątki miliardów złotych. Wdrażanie nowych rozwiązań bywa problematyczne, co pokazały poważne problemy z funkcjonowaniem Platformy Paliwowej w 2024 r., które utrudniły nadzór nad rynkiem. W efekcie zamiast tworzyć stabilną autostradę do transformacji, prawo buduje środowisko pełne barier, które spowalnia kluczowe procesy modernizacyjne.
Jakie zmiany w prawie i narzędzia wsparcia są dziś potrzebne, aby pobudzać inwestycje z udziałem polskiego kapitału?
Łukasz Młynarkiewicz: Aby realnie pobudzić inwestycje polskiego kapitału, potrzebujemy trzech filarów: przewidywalności, precyzyjnych zachęt i inteligentnej polityki przemysłowej. Stabilność i przewidywalność prawa to warunek konieczny, który obniża koszt kapitału i pozwala polskim firmom skutecznie planować oraz finansować wieloletnie projekty. Równolegle potrzebujemy polityki świadomego usuwania ryzyk. Polski kapitał często potrzebuje nie tyle bezpośredniego dofinansowania, ile redukcji ryzyka regulacyjnego czy technologicznego. Jak bardzo rynek tego oczekuje, pokazała aukcja mocy na 2029 r., gdzie nowe magazyny energii zdobyły kontrakty na blisko 2,46 GW. To niemal jedna trzecia całej mocy. Mechanizm ten dał inwestorom pewność przychodów, a oni odpowiedzieli falą inwestycji.
Skuteczny local content to nie tylko procenty, ale klastrowa polityka przemysłowa. Zamiast skupiać się na deklarowanym 50-procentowym udziale polskich firm w jednym projekcie jądrowym, musimy myśleć o budowaniu zintegrowanych, krajowych ekosystemów wokół kluczowych technologii. Właśnie w tym obszarze jako doradcy prawni widzimy ogromną rolę do odegrania – pomagając tworzyć inteligentne ramy kontraktowe dla takich klastrów. Celem powinno być stworzenie np. „Pomorskiego Hubu Offshore”, łączącego porty, fabryki, usługi i centra badawcze. To jedyna droga, żeby zbudować silny polski kapitał w całym łańcuchu dostaw dla transformacji energetycznej. Stawka jest ogromna, ponieważ same potrzeby inwestycyjne w sektorze wytwarzania energii elektrycznej do 2040 r. szacuje się na 84−89 mld dol.
Czy polskie prawo to dobry grunt pod inwestycje nastawione na dekarbonizację? Co jest największą barierą hamującą proces transformacji i rozwój sektora OZE?
Łukasz Młynarkiewicz: Polska jest i będzie atrakcyjnym gruntem dla tych inwestycji, ale nie ze względu na przejrzystość prawa, lecz z powodu skali wyzwań. Można to nazwać „przymusowym” rynkiem wzrostowym. Prognozy wskazują, że krajowe zużycie energii elektrycznej wzrośnie z ok. 169 TWh do nawet 231 TWh w 2040 r. Tymczasem musimy pilnie zastąpić moce węglowe, których udział w produkcji energii w ciągu zaledwie roku – od 2023 do 2024 r. − spadł o ponad 5 p.p. Ta powiększająca się luka popytowo-podażowa tworzy historyczną okazję inwestycyjną dla tych, którzy potrafią nawigować w skomplikowanym otoczeniu.
Największą barierą hamującą transformację, a zwłaszcza rozwój OZE, nie jest brak słońca, wiatru ani chęci inwestorów, ale brak elastyczności i miejsca w sieciach elektroenergetycznych. Zaprojektowano je dekady temu dla systemu centralnego, a dziś nie radzą sobie z tysiącami rozproszonych źródeł. Konsekwencją obok hamowania nowych inwestycji jest nierynkowe ograniczanie generacji z już działających instalacji. Dane za kwiecień 2025 r. są alarmujące. Z powodu ograniczeń sieciowych i konieczności zapewnienia bezpieczeństwa pracy Krajowego Systemu Elektroenergetycznego nie wykorzystano 251 GWh czystej energii pochodzącej z fotowoltaiki.
Sama diagnoza problemu to jednak za mało. Kluczowe jest wdrożenie rozwiązań, które można podzielić na te dostępne od zaraz i te o charakterze strategicznym. Po pierwsze potrzebujemy szybkich wdrożeń. Kluczowym przykładem jest cable pooling, czyli współdzielenie jednego przyłącza przez różne technologie OZE, np. farmę wiatrową i fotowoltaiczną. To rozwiązanie, odblokowujące potencjał sieci bez jej kosztownej rozbudowy, musi stać się standardem, a nie wyjątkiem. Ponadto konieczna jest wizja strategiczna − przekształcenia sieci w „inteligentny system nerwowy”. Zamiast myśleć tylko o kładzeniu kabli, musimy inwestować w aktywne zarządzanie siecią. Oznacza to rozwój cyfrowych narzędzi, takich jak digital twin, czyli„cyfrowy bliźniak sieci”, ale też stworzenie rynku usług elastyczności. To demokratyzacja systemu, w której nawet małe podmioty – prosumenci z magazynami energii czy firmy – mogą zarabiać na pomaganiu w bilansowaniu sieci. To brakujące rynkowe ogniwo transformacji.
Ostatecznie musimy fundamentalnie zmienić postrzeganie sieci. To już nie tylko kosztowny obowiązek utrzymania przesyłu, ale strategiczna inwestycja w konkurencyjność gospodarki. Przepustowość i elastyczność sieci będą decydować o tym, czy przyciągniemy do Polski fabryki baterii, centra danych i inne energochłonne gałęzie gospodarki przyszłości.
Czy zaktualizowany „Program polskiej energetyki jądrowej” wyznacza właściwy kierunek? Jakie są jego mocne i słabe strony?
Łukasz Młynarkiewicz: Kierunek wyznaczony w zaktualizowanym programie jądrowym jest słuszny i stanowi ważny krok naprzód. Energetyka jądrowa to dziś element racji stanu, oparty na solidnym fundamencie szerokiego poparcia politycznego i społecznego. Kluczowe są też realne postępy przy pierwszej elektrowni, gdzie mamy już najważniejsze decyzje administracyjne, a w terenie trwają wstępne prace przygotowawcze. Aby w pełni wykorzystać ten potencjał, dokument wymaga strategicznego wzmocnienia, które przekształci go z wizji w egzekwowalny plan działania.
Konieczne jest przełożenie aspiracji dotyczących local content na mierzalne mechanizmy, które będą chronić polskich podwykonawców. Należy przy tym w pełni wykorzystać legalne narzędzia, jakie daje unijny Akt o przemyśle neutralnym emisyjnie (NZIA – przyp. red.). Perspektywę przemysłową należy rozszerzyć z cyklu budowy na cały, ponad 80-letni cykl życia elektrowni. Suwerenność technologiczna i optymalizacja całkowitych kosztów wymagają budowy krajowego ekosystemu zdolnego do długoterminowego utrzymania, modernizacji i finalnie likwidacji obiektu. Jednocześnie kluczowe pozostaje wdrożenie modelu finansowego opartego na kontrakcie różnicowym (CfD – przyp. red.) i uzyskanie dla niego zgody Komisji Europejskiej. Wymaga to uwiarygodnienia harmonogramów, które w świetle europejskich doświadczeń z projektami jądrowymi wydają się bardzo ambitne, a w niektórych przypadkach wręcz nierealne.
Wreszcie program musi kompleksowo zabezpieczyć cały cykl życia projektu, od paliwa jądrowego po odpady. Wymaga to uzupełnienia o proaktywną, narodową strategię bezpieczeństwa dostaw paliwa jądrowego. W dobie ryzyk geopolitycznych oraz zależności od zagranicznych dostawców bierna postawa i poleganie wyłącznie na mechanizmach rynkowych to za mało. Równie pilną kwestią jest zarządzanie odpadami. „Krajowy plan postępowania z odpadami promieniotwórczymi i wypalonym paliwem jądrowym” jest prawnie nieaktualny, a fundamentalnych kamieni milowych, takich jak wskazanie lokalizacji nowego składowiska, nie zrealizowano. Podkreślę, że brak postępów w kwestii składowiska blokuje możliwość zawarcia umowy na odbiór odpadów, która jest prawnym wymogiem przy ubieganiu się o zezwolenie na eksploatację elektrowni.
Wreszcie niezbędne jest przyspieszenie prac nad strategią dla małych reaktorów modułowych. Odsunięcie tematu, bez konkretnych ram czasowych, tworzy próżnię strategiczną i hamuje prywatne inwestycje, które potrzebują jasnych ram w zakresie licencjonowania oraz lokalizacji.
Co jest dziś większym wyzwaniem, zwłaszcza w sektorze energetyki, ale nie tylko − budowa infrastruktury czy kompetencji?
Łukasz Młynarkiewicz: Oba te wyzwania są krytyczne i muszą być adresowane równolegle. Oczywiście budowa fizycznej infrastruktury to absolutny priorytet i wyścig z czasem, gdzie każde opóźnienie w modernizacji sieci czy budowie elektrowni tworzy efekt domina i uderza w całą gospodarkę. Jednak prawdziwym wąskim gardłem staje się luka kompetencyjna. Nie chodzi tylko o brak inżynierów. Trwa globalna wojna o talenty – o specjalistów od energetyki jądrowej, cyberbezpieczeństwa sieci, analityków danych, menedżerów zdolnych prowadzić megaprojekty. Bez nich, nawet mając pieniądze i technologię, będziemy skazani na kosztowny import wiedzy, co jest prostą drogą do utraty suwerenności technologicznej.
Dlatego musimy fundamentalnie zmienić myślenie: kapitał ludzki jest równoprawnym elementem infrastruktury krytycznej jak sieci przesyłowe czy gazoport. To nie jest koszt, to strategiczna inwestycja w bezpieczeństwo państwa. Polityka przemysłowa musi być nierozerwalnie złączona z polityką edukacyjną. Inwestycje w stal i beton muszą iść w parze z inwestycjami w ludzi. Inaczej zbudujemy kolosa na glinianych nogach.
Jakie państwa mogą być dla nas wzorcem pod względem stosowania technologii jądrowych i bezpieczeństwa w korzystaniu energii atomowej?
Łukasz Młynarkiewicz: Idealny model nie istnieje. Kluczem jest strategiczna synteza najlepszych globalnych praktyk i stworzenie na ich podstawie unikalnego, polskiego modelu jądrowego, który będzie odpowiedzią na nasze konkretne wyzwania geopolityczne i gospodarcze. Każdy z wiodących krajów oferuje nam inną, cenną lekcję. Naszym punktem odniesienia w obszarze technologii i nadzoru regulacyjnego są Stany Zjednoczone. Wybór technologii AP1000 naturalnie kieruje nas w stronę amerykańskiej kultury bezpieczeństwa, której strażnikiem jest US Nuclear Regulatory Commission – globalny złoty standard w tej dziedzinie. Nasz dozór jądrowy, Państwowa Agencja Atomistyki, już teraz czerpie z tych wzorców. Francja to z kolei modelowy przykład, jak poprzez standaryzację floty i żelazną wolę polityczną buduje się suwerenność energetyczną na dekady. Kanada pokazuje, jak można stworzyć od podstaw cały ekosystem przemysłowy i naukowy wokół własnej technologii. Pod względem samej realizacji projektu powinniśmy analizować też doświadczenia Korei Południowej i jej sukcesu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przy projekcie Barakah.
Kluczowe jest dla nas całe spektrum doświadczeń europejskich, w tym Finlandii, Wielkiej Brytanii, Czech. To na naszym kontynencie najwyraźniej widać, jak złożonym wyzwaniem jest integracja międzynarodowych łańcuchów dostaw i prowadzenie projektów w rygorystycznych ramach prawnych UE oraz Wspólnoty Euratom. Ich doświadczenia, często trudne, są dla nas bezcennym studium przypadku, które pozwala nam uczyć się na cudzych błędach i unikać kosztownych pułapek. W ostatecznym rozrachunku Polska nie powinna jedynie importować technologii, ale stać się hubem kompetencji w zakresie integracji i zarządzania złożonymi projektami jądrowymi w tej części Europy.
Jakiego rodzaju ochrony wymaga tak poważny w naszych warunkach projekt infrastruktury krytycznej?
Łukasz Młynarkiewicz: Ochrona elektrowni jądrowej nie może sprowadzać się do pojedynczych zabezpieczeń. Musi oznaczać myślenie o całym ekosystemie bezpieczeństwa, będącym wielopoziomową, zintegrowaną tarczą, która chroni projekt w wymiarze fizycznym, cyfrowym, rynkowym, a także instytucjonalnym. I tak ochrona fizyczna na najwyższym światowym poziomie to system aktywnej obrony, zdolny neutralizować nowoczesne zagrożenia, takie jak roje dronów czy ataki hybrydowe. Ochrona ta od początku musi być projektowana we współpracy ze służbami i wojskiem, bo elektrownia jądrowa jest strategicznym elementem architektury bezpieczeństwa państwa. Równolegle absolutnie kluczowe jest cyberbezpieczeństwo, rozumiane jako „security by design”. W dobie wojen cyfrowych zabezpieczenia muszą być wbudowane w DNA projektu od pierwszej linii kodu, a nie dodawane jako zewnętrzna warstwa. Musimy chronić nie tylko systemy IT, lecz także systemy technologii operacyjnej, które bezpośrednio sterują pracą elektrowni.
Ponadto projekt wymaga specyficznej ochrony rynkowej. Polski rynek ubezpieczeniowy nie jest w stanie samodzielnie udźwignąć ryzyka o takiej skali. Dlatego, wzorem innych państw, niezbędne będzie stworzenie tzw. poolu ubezpieczeń jądrowych − mechanizmu, w którym ubezpieczyciele łączą siły, żeby zapewnić pokrycie, a państwo gwarantuje reasekurację powyżej określonego progu. Ostatnim niezbędnym elementem jest ochrona instytucjonalna, bowiem największym zagrożeniem dla projektu o horyzoncie czasowym sięgającym 80 lat jest nieprzewidywalność. Musimy stworzyć instytucjonalny bufor, np. w postaci niezależnej agencji wdrożeniowej, która zapewni ciągłość realizacji projektu ponad cyklami politycznymi, chroniąc go przed kosztami krótkowzroczności. Ostatecznym celem nie jest budowa statycznego muru, lecz stworzenie dynamicznego systemu aktywnej odporności, który potrafi adaptować się do zmieniających się zagrożeń.
Jakich zabezpieczeń finansowych wymaga tak potężne przedsięwzięcie inwestycyjne?
Łukasz Młynarkiewicz: W przypadku pierwszej elektrowni jądrowej mówimy o modelu hybrydowym, którego fundamenty już znamy: kapitał własny państwa i finansowanie dłużne. Całkowity koszt szacowany jest na ok. 45 mld euro, z czego 30 proc. ma pochodzić bezpośrednio z budżetu, a 70 proc. z długu, gdzie kluczową rolę odegrają agencje kredytów eksportowych, takie jak amerykański EXIM Bank. Cała struktura zależy od notyfikacji i zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. W przypadku finansowania dłużnego samo zabezpieczenie 100 proc. szacowanych kosztów w listach intencyjnych nie wystarcza. Kluczem do sukcesu jest zapewnienie znaczącego bufora finansowego ponad tę kwotę. Taka „górka” nie jest jedynie zabezpieczeniem na wypadek nieprzewidzianych wydatków, lecz podstawowym narzędziem negocjacyjnym. Daje nam silniejszą pozycję w rozmowach z dostawcą technologii i generalnym wykonawcą, ponieważ pokazuje, że projekt jest odporny na wahania rynkowe i nie jest zakładnikiem jednego źródła finansowania.
Jednocześnie musimy mieć świadomość, że obietnice finansowania od agencji eksportowych nie są czekami in blanco. Są obwarowane szeregiem warunków, które mogą być trudne do spełnienia. Największe wyzwanie wiąże się z potencjalnym konfliktem między wymogami kredytodawcy a naszym strategicznym celem, a więc maksymalizacją udziału polskich firm. Finansowanie z USA może być uzależnione od zakupu amerykańskich towarów i usług, sprzecznym z dążeniem do osiągnięcia 50 proc. polonizacji projektu. To napięcie trzeba będzie rozstrzygnąć na poziomie umów międzynarodowych i kontraktów handlowych. Dlatego naszym celem nie może być jedynie zdobycie pieniędzy. Musimy zaprojektować strukturę finansowania, która da nam swobodę realizacji strategicznych celów gospodarczych Polski.
Finalnie musimy pójść o krok dalej niż zabezpieczenie finansowania na budowę. Już dziś w architekturze finansowej musimy przewidzieć mechanizmy na zabezpieczenie przyszłych kosztów związanych z zarządzaniem wypalonym paliwem i ostateczną likwidacją obiektu. Stworzenie dedykowanego funduszu, zasilanego z przychodów elektrowni, to nie księgowy detal, lecz strategiczna polisa ubezpieczeniowa na przyszłość.
Czy koszty inwestycji mają przełożenie na późniejsze ceny energii w procesie eksploatacji elektrowni?
Łukasz Młynarkiewicz: Oczywiście. I jest to fundamentalna zależność. Właśnie dlatego pierwszy projekt jądrowy opiera się na mechanizmie dwukierunkowego kontraktu różnicowego. To nie jest zwykła dopłata, ale zaawansowane narzędzie podziału ryzyka między państwo, które gwarantuje elektrowni stałą, uzgodnioną cenę za energię, a inwestora. Jeśli cena na rynku hurtowym jest niższa, państwo dopłaca różnicę, a jeśli jest wyższa – elektrownia zwraca nadwyżkę. Dzięki temu rozwiązaniu zapewniamy inwestorowi stabilność przychodów, która jest niezbędna do pozyskania wielomiliardowego finansowania dłużnego na etapie budowy. Żaden bank nie sfinansuje projektu o horyzoncie finansowym sięgającym 30−40 lat, którego rentowność byłaby uzależniona od wahań cen rynkowych. Przykładem tej zmienności jest choćby spadek średniej rocznej ceny energii na rynku hurtowym w 2024 r. o ponad 31 proc. r/r.
Po drugie, i to jest teza o charakterze strategicznym, CfD chroni całą gospodarkę i odbiorców końcowych przed szokami cenowymi. W systemie energetycznym z rosnącym udziałem niestabilnych źródeł OZE energia jądrowa z ceną ustaloną w ramach CfD staje się ekonomiczną kotwicą stabilności. Jej przewidywalny koszt stanowi fundament bezpieczeństwa dla przemysłu i daje gospodarce narodowej przewagę konkurencyjną. Wysoki koszt inwestycyjny, rozłożony na dekady, zostaje przekuty w jedną z największych wartości – przewidywalność, która jest dziś zasobem równie cennym jak sama energia.
Kontrakt różnicowy to nie tylko tarcza. To przede wszystkim narzędzie polityki przemysłowej, które gwarancją stabilnej ceny energii tworzy magnes dla strategicznych, energochłonnych inwestycji, jak centra danych czy fabryki półprzewodników. Warto podkreślić, że o ile opisany model, oparty na kontrakcie różnicowym, jest kluczowy dla pierwszej elektrowni jądrowej, o tyle architektura finansowa dla kolejnych jednostek powinna ewoluować.
Jak mają się do pierwotnych założeń plany polonizacji procesu realizacji pierwszej elektrowni jądrowej? Czy polska nauka ma swój udział w przebiegu projektu?
Łukasz Młynarkiewicz: Plany polonizacji są bardzo ambitne, ale na razie pozostają w sferze aspiracji. Deklarowany cel osiągnięcia 50-procentowego udziału polskich firm jest słuszny, ale wciąż brakuje mu fundamentu w postaci konkretnych przepisów prawa czy zabezpieczeń kontraktowych. Aby deklaracja stała się faktem, potrzebujemy czegoś więcej niż dobre chęci – konieczne jest stworzenie dedykowanych ram prawno-biznesowych, np. w formie kontraktu sektorowego. Taki mechanizm powinien wspierać tworzenie klastrów przemysłowych, a nie tylko pojedynczych poddostawców. Musimy też wdrożyć systemowy program certyfikacji, który pomoże polskim firmom wejść do globalnych standardów sektora jądrowego.
Celem nie powinno być jedynie osiągnięcie procentowego udziału w jednym krajowym projekcie. Powinniśmy postrzegać ten program jako historyczną trampolinę dla polskich firm do wejścia do globalnego, jądrowego łańcucha dostaw. Sukcesem będzie sytuacja, w której polskie przedsiębiorstwa, zdobywszy unikalne kompetencje i certyfikaty przy budowie elektrowni w Polsce, zaczną wygrywać kontrakty przy projektach jądrowych w Czechach, Wielkiej Brytanii czy w ramach odbudowy Ukrainy.
Jeśli chodzi o polską naukę, jej udział jest absolutnie kluczowy, choć ma inny charakter. Nie tworzymy technologii reaktora od zera, ale budujemy coś równie cennego: zdolność do jej inteligentnej adaptacji i integracji z polskimi oraz europejskimi normami oraz warunkami. Mowa tu o całym spektrum prac badawczych – od unikalnych analiz geologicznych i sejsmicznych dla naszej lokalizacji, przez rozwój nowych materiałów, po zaawansowane modelowanie bezpieczeństwa. To w tych niszach powstaje polskie know-how, które powinno być chronione prawnie. Mówimy tu o możliwych do opatentowania metodologiach badawczych, autorskim oprogramowaniu do analiz, prawach do specjalistycznych baz danych. Kluczowe będzie jednak odpowiednie zabezpieczenie praw własności intelektualnej w umowach z dostawcą technologii i polskimi instytutami. Jako kancelaria specjalizująca się w tych sektorach widzimy to jako absolutnie krytyczny punkt, który zadecyduje o tym, czy budowane know-how faktycznie stanie się polskim zasobem strategicznym.
Finalnym celem jest budowa narodowego zasobu kompetencji, który zapewni nam suwerenność na cały, 80-letni cykl życia elektrowni. Bez tego kapitału ludzkiego cała inwestycja pozostanie tylko importowaną technologią. Budowa elektrowni to w istocie modernizacja „systemu operacyjnego” państwa – skok cywilizacyjny, którego energia jest tylko jednym z efektów.
Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Niechaj


























Dodaj komentarz