Nie można mierzyć wszystkich wydatków jedną miarą
Dynamika polskiego Wskaźnika Bogactwa Narodów jest dość wysoka i nie zdziwiłbym się, gdyby za 5 czy 7 lat Polska dorównała Portugalii czy Hiszpanii. Taką drogę zresztą przeszły już np. Czechy, które dość wyraźnie wyprzedzają kraje iberyjskie. Co do awansu Polski o jedno miejsce w grupie badanych krajów, to należy go wiązać nie tyle z bardzo nieznaczną poprawą wskaźnika nad Wisłą, ile z głębszą recesją w innych gospodarkach rozwiniętych – mówi Karol Bolko Zdybel, autor Wskaźnika Bogactwa Narodów w projekcie Warsaw Enterprise Institute, którego II edycja została podsumowana w lipcu br.

Jak najskuteczniej mierzyć bogactwo kraju, aby wynik był miarodajny?
Karol Bolko Zdybel: Nie sądzę, by istniał przepis na doskonały miernik zamożności społeczeństwa. Każdy z istniejących wskaźników obciążony jest różnymi niedoskonałościami. Tyczy się to również najpopularniejszego z nich, czyli produktu krajowego brutto na mieszkańca – powszechnie stosowanego do porównań międzynarodowych. Naszym zdaniem jedną z jego podstawowych wad jest jednakowe traktowanie wszelkiego rodzaju wydatków bez względu na ich pochodzenie. Złotówka wydana przez Kowalskiego na siebie lub swoich bliskich ma dla PKB taką samą wagę jak np. złotówka wydana półanonimowo przez urzędnika w rezultacie zbiurokratyzowanego i nieprzejrzystego procesu decyzyjnego. Wskaźnik Bogactwa Narodów przygotowany przez Warsaw Enterprise Institute próbuje skorygować tę wadę.
Czym kierował się pan, opracowując Wskaźnik Bogactwa Narodów, który posłużył do wyliczeń i stworzenia na ich podstawie raportu WEI?
Karol Bolko Zdybel: Staraliśmy się zmierzyć strumień korzyści gospodarczych przypadających na jednego obywatela w ciągu roku – pod tym względem nasza intencja nie różni się od intencji przyświecającej wspomnianemu PKB. Dlatego nazwa „wskaźnik bogactwa narodów” może być nieco myląca. Ma ona rodowód historyczny: odwołuje się do klasycznej pracy Adama Smitha, w której zastanawiał się, dlaczego jednym narodom powodzi się lepiej, zaś innym − gorzej. Jednak bogactwo to skumulowany stan. To majątek gromadzony przez lata, a często dziesięciolecia lub stulecia. My mierzymy nie stan, lecz przepływ, a więc dopływ bogactwa w ciągu roku.
Jak ma się WBN do powszechnie przyjętego miernika dobrobytu, jakim jest międzynarodowy wskaźnik PKB?
Karol Bolko Zdybel: Jak mówiłem, PKB uwzględnia wydatki publiczne w sposób czysto mechaniczny. Jeśli urzędnik wydaje pieniądze na szkoły, to wydatek ten wlicza się do PKB tak samo jak choćby wydatek prywatnego obywatela na książkę czy sweter. Tymczasem różnica między tymi wydatkami polega na występowaniu lub niewystępowaniu tzw. preferencji ujawnionych. Jeśli ktoś wydaje na siebie, to siłą rzeczy zaspokaja znane sobie potrzeby, a w ten sposób ujawnia, jaką alokację zasobów w gospodarce ceni sobie wyżej, a jaką niżej.
Wydatki publiczne to inna historia. Tutaj związek między aktem wydatkowania a zaspokojeniem potrzeb jest znacznie luźniejszy. Dlatego wydatki publiczne w WBN uwzględniamy w formie specjalnego podwskaźnika mierzącego nie ich nominalną wysokość, lecz jakość.
Jak ocenia pan pozycję Polski na tle innych krajów pod względem zamożności? Z czego wynika nasz skromny, ale jednak awans mimo wyjątkowo trudnych czasów?
Karol Bolko Zdybel: W tegorocznej edycji Polska uzyskała 61 punktów. To mniej niż Estonia i wyraźnie mniej niż Litwa i Czechy, ale więcej od większości krajów regionu. Z drugiej strony dystans wobec krajów Zachodu wciąż jest spory: Szwajcaria to 126 punktów, Niderlandy − 93, a Niemcy − prawie 91.
Dynamika polskiego WBN jest dość wysoka i nie zdziwiłbym się, gdyby za 5 czy 7 lat Polska dorównała Portugalii czy Hiszpanii. Taką drogę zresztą przeszły już np. Czechy, które dość wyraźnie wyprzedzają kraje iberyjskie. Co do awansu Polski o jedno miejsce w grupie badanych krajów, to należy go wiązać nie tyle z bardzo nieznaczną poprawą wskaźnika nad Wisłą, ile z głębszą recesją w innych gospodarkach rozwiniętych. Innymi słowy nie tyle Polska zyskała, co inni stracili. Jednocześnie sądzę, że ten efekt już minął i nie wpłynie na kolejne edycje WBN.
Jak pod względem jakościowym wydatkowane są pieniądze z budżetu państwa? Co warto tu zmienić, aby przyszłoroczne wyniki badania wykazały awans naszego kraju?
Karol Bolko Zdybel: Jakość wydatków publicznych oceniamy w ośmiu kategoriach. Okazuje się, że w niektórych z nich Polska wypada dobrze lub przynajmniej poprawnie, np. w szkolnictwie podstawowym i średnim oraz infrastrukturze. To dość zaskakujące, bo – przynajmniej w moim pokoleniu, czyli wśród ludzi urodzonych na przełomie Polski Ludowej i III RP – panuje chyba przekonanie, że polskie szkoły są kiepskie, a infrastruktura jeszcze gorsza. Wygląda na to, że nie jest to prawda.
Wskaźnik Bogactwa Narodów potwierdza natomiast fatalny, by nie powiedzieć katastrofalny, obraz polskiego szkolnictwa wyższego. Myślę, że nie da się tego zmienić w ciągu roku czy 2 lat, lecz na pewno wyniki WBN sugerują, gdzie zmiany są najpilniej potrzebne.
Na tegoroczne wyniki wpłynął kryzys związany z pandemią, przyszłoroczne będą zaś odzwierciedlały wpływ wojny w Ukrainie na gospodarkę. Co według pańskich przewidywań zmieni aktualna sytuacja geopolityczna w gospodarce?
Karol Bolko Zdybel: To kwestia zależna od tak wielu czynników, spośród których większość obciążona jest tak wielką niepewnością, że na jakiekolwiek „prognozy eksperckie” należy potrzeć z rezerwą. Nie mam nic do dodania poza truizmami, że do końca wojny utrzyma się podwyższony poziom niepewności i że należy obserwować wąskie gardła na rynkach surowców energetycznych i żywności. Silenie się na szczegółowe prognozy to prosta droga do kompromitacji.
Nawiązując do zdania Adama Smitha, że żadne społeczeństwo nie może być szczęśliwe, jeśli większość jego członków żyje w biedzie i nieszczęściu, jak widzi pan przyszłość Polek i Polaków, którzy coraz silniej odczuwają skutki inflacji?
Karol Bolko Zdybel: Mój pogląd na inflację jest następujący: kryzysy minionych 15 lat pokazały, że luzowanie polityki monetarnej jest politycznie łatwiejsze od zaostrzania jej. Banki centralne stale rezygnowały z odwoływania „przejściowych” – w momencie rozpoczęcia – polityk, takich jak rekordowo niskie stopy procentowe czy luzowanie ilościowe, ewentualnie czyniły to z ogromną ostrożnością i ociąganiem. Nie inaczej było przez ostatnie 2,5 roku. Z tego powodu w różnych obszarach gospodarki powstały nawisy inflacyjne, które nie mają czasu ani sposobności się zdematerializować.
Nie widzę innego rozwiązania niż niepopularne, choć konieczne zaostrzenie − i to bardzo wyraźne − polityki monetarnej oraz utrzymanie tego kursu przez dłuższy czas. Inna rzecz, że tzw. faktyczna niezależność banku centralnego, czyli możliwość kierowania polityką pieniężną bez oglądania się na Europejski Bank Centralny, jest w Polsce raczej niewielka. Małe gospodarki, które są silnie związane z gigantami, takimi jak strefa euro, muszą koordynować z nimi swoją politykę monetarną. Sądzę więc, że klucz do walki z inflacją znajduje się w rękach najważniejszych banków centralnych na świecie. Pytanie, czy z niego skorzystają.
Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Niechaj

Karol Zdybel − ekonomista, doktorant w ramach programu „European Doctorate in Law and Economics” na uniwersytetach w Bolonii, Hamburgu oraz Rotterdamie. Współpracownik Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa. Konsultant strategiczny pracujący dla międzynarodowych firm doradczych.

























Dodaj komentarz