Hodowla z widokami
Na rynku nie ma miejsca dla wielkich stadnin koni bez wsparcia finansowego z innych dziedzin działalności gospodarczej. Myślę, że dobrze udało nam się połączyć tę hodowlę z produkcją rolniczą – mówi Jacek Ługowski, prezes Stadniny Koni RACOT Sp. z o.o.
Co dziś skłania do prowadzenia hodowli koni i co jest podstawą powodzenia w tej dziedzinie?
– Koń miał dawniej powszechne zastosowanie – do pługa, do powozu, pod siodło. Dziś rzeczywistość wokół nas zmienia się: jeździmy samochodami, orzemy przy użyciu ciągników – siłą rzeczy konie wykorzystuje się w coraz mniejszym stopniu. Obecnie jest ich w Polsce między 300 a 350 tys., z czego większość stanowią konie rzeźne. Potwierdzają to roczniki statystyczne, mimo że w naszym kraju jest to temat tabu. Koń jest zwierzęciem gospodarskim hodowanym w różnych celach, w tym z przeznaczeniem na mięso. Możemy się sami oszukiwać, ale takie są fakty. Po co w dzisiejszych realiach ekonomicznych hodować konie? W Polsce funkcjonują 43 spółki obarczone obowiązkiem generowania postępu biologicznego w hodowli roślin i zwierząt, nad którymi nadzór właścicielski sprawuje Agencja Nieruchomości Rolnych. Trzeba przy tym pamiętać, że spółka prawa handlowego musi na siebie zarobić. Od 2007 roku, czyli po okresie przejściowym od wstąpienia do UE, jesteśmy traktowani jako spółka publiczna, a to oznacza, że nie możemy korzystać z pomocy publicznej, a więc właściciel nie może nawet dopłacić do kapitału udziałowego. Rolnicy korzystają z dopłat do obowiązkowych ubezpieczeń zasiewów czy utylizacji padłych zwierząt, nas obowiązuje stawka komercyjna. Polska jest ewenementem w skali świata pod względem utrzymywania hodowli pod kontrolą państwa, do finansowania której państwo nie dokłada ani grosza. Niech każdy sam oceni tę sytuację. Mam świadomość, że Stadnina, którą zarządzam, nie jest być albo nie być dla krajowej hodowli. Pytanie jest inne: czy lepiej mieć polskie rasy koni oraz inwestować we własną hodowlę, czy sprowadzać wszystko zza granicy. Jeżeli mówi się, że w Polsce możemy w krótkim czasie dojść z 300 do 600–700 tys. koni, bo społeczeństwo się bogaci i coraz powszechniej skłania ku konnej rekreacji, to może jednak hodowla z prawdziwego zdarzenia w kilku spółkach jest potrzebna?
Tym bardziej że powstaje coraz więcej ośrodków agroturystycznych, które oferują dodatkowe atrakcje, w tym możliwość uprawiania jeździectwa.
– Trafił pan w sedno. I wystarczy odpowiedzieć sobie, skąd nabywają konie. Jest mnóstwo hodowców koni, którzy za ogromne pieniądze kupują zwierzęta zza granicy. My postawiliśmy sobie za cel prowadzenie rodzimej hodowli, która nie będzie gorsza niż niemiecka, belgijska, holenderska czy francuska, bo niby dlaczego mamy wszystko kupować od innych? Poza wszystkim innym taki zakup jest ryzykowny i generuje szereg problemów. Ci, którzy kupują konie do celów rekreacyjnych, niejednokrotnie sprowadzają je z Zachodu, bo wydaje im się, że są lepsze, a tak naprawdę wydają duże pieniądze na brakowane z tamtejszej hodowli zwierzęta, podczas gdy w krajowych stajniach mamy dużo lepszy materiał.
Co wpływa na znaczące osiągnięcia hodowlane?
– W obrębie krajowej hodowli panuje duże rozdrobnienie, a to utrudnia realizację poważnego programu hodowlanego. W naszym ośrodku jest około 40 klaczy matek w dwóch rasach: wielkopolskiej i szlachetnej półkrwi polskiej, przy czym prowadzimy racjonalną politykę w doborze ojców. Taka liczba klaczy w jednym stadzie hodowlanym jest w Polsce rzadkością. Jeżeli mamy myśleć o postępie biologicznym, to rozszerzanie puli genowej ułatwia uzyskanie pożądanych efektów. Głównym celem na dziś nie jest hodowla konia ogólnoużytkowego, bo to nie miałoby sensu. Nasza filozofia sprowadza się do tego, by uzyskać wybitne konie sportowe. Jeżeli w stadninie rodzi się rocznie około 30 źrebiąt, to ile z nich może być wybitnymi egzemplarzami? 1 proc., a często żaden w roczniku – reszta to właśnie konie ogólnoużytkowe, które ostro brakujemy, bo jak najszybsza sprzedaż zbędnych dla hodowli osobników to podstawowa zasada dużej hodowli. Napoleon powiedział, że do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że do hodowli potrzebne są: selekcja, selekcja i selekcja, oczywiście poza pieniędzmi, bo hodowla to rzecz kosztowna, a przy tym niegwarantująca sukcesu. W skali hodowli zwierzęta wybitne stanowią margines, resztą zabezpieczamy powozy, hipoterapię, jeździectwo amatorskie. Tyle że w przypadku hodowli z prawdziwego zdarzenia trzeba odwrócić perspektywę i priorytety, bo jeśli skupimy się na hodowli koni zaprzęgowych, to nie będziemy mieć w stadninie koni sportowych, a to one są w cenie. Przy ukierunkowaniu hodowli na sport pozostałe cele osiągamy niejako mimochodem. W stadninie posiadamy obecnie około 140 koni. Zarówno klacze, jak i ogiery z Racotu są wysoko oceniane i plasują się w krajowej czołówce, co nas cieszy, bo przecież dążymy do tego, by mieć najlepsze wyniki hodowlane i sukcesy w sporcie oraz na wystawach hodowlanych, a w efekcie renomę w środowisku.
Hodowla bydła rządzi się swoimi prawami. Co tutaj jest istotą i gwarancją sukcesu?
– Hodujemy rasę polską holsztyńsko-fryzyjską czarno-białą, w obrębie której mamy 900 sztuk, w tym około 360 krów mlecznych. Hodowlę po przerwie niezależnej od nas wznowiliśmy w 2011 roku. Nie ukrywam, że osobiście dążyłem do zintensyfikowania hodowli bydła mlecznego, bo same konie to za mało dla strategiczności firmy. Punktem przełomowym była wystawa w Sielinku w 2011 roku, gdzie nasza krowa od razu zajęła 1. miejsce w swojej kategorii. Okazało się, że mimo przerwy i braku formalnych prac hodowlanych genetyka w stadzie była bardzo dobra, więc mieliśmy kapitalny punkt wyjścia do rozwoju hodowli. W kolejnym roku powtórzyliśmy sukces, a w 2014 roku nasza krowa znalazła się w pierwszej szóstce na Krajowej Wystawie Zwierząt Hodowlanych.
Jak długo trzeba czekać na efekty, by można było mówić o dobrym stadzie i sukcesie hodowlanym?
– Hodowla bydła bardzo się zmienia. Kilka lat temu opracowano genom bydła mlecznego, a w 2009 roku w Stanach Zjednoczonych opatentowano markery genetyczne służące weryfikacji wartości hodowlanej zwierząt. W klasycznej hodowli kryje się matki buhajów, a uzyskując cielaka płci męskiej, ocenia się go wstępnie. Jeżeli nadaje się do hodowli, zostaje włączony do stawki buhajów testowych. W kolejnych latach ich córki są oceniane pod względem cech potrzebnych do produkcji mleka. Oznacza to, że tak naprawdę wartość krów mlecznych, córek uzyskanego osobnika, decyduje o tym, czy buhaj nadaje się do rozrodu. W hodowli genomicznej opartej o markery genetyczne od półrocznego cielaka pobiera się próbkę i na podstawie genomu w laboratorium ocenia się indeks hodowlany. W tym przypadku nie ma 7–9 lat weryfikacji po córkach. To metoda znacznie szybsza i tańsza, a prawdopodobieństwo trafienia sięga 90 proc. Nie jest jeszcze powszechne prowadzenie w ten sposób weryfikacji form żeńskich. My za rok, może 2 lata będziemy wiedzieli, jaką dana krowa pierwiastka ma wartość genetyczną. Tego typu zmiany stawiają dotychczasową hodowlę na głowie. Weryfikacja genetyczna na poziomie molekularnym w połączeniu z kryciem nasieniem seksownym oraz transplantacją zarodków od krów o wysokim indeksie hodowlanym jest przyczynkiem do dalszego postępu. Szczególnie istotne jest stosowanie w kryciu nasienia seksownego, a więc gwarantującego uzyskiwanie wyłącznie żeńskich potomków. Niestety krycie nasieniem seksownym, które od 2 lat stosujemy w hodowli bydła, jest mniej skuteczne.
Na tym działalność Racotu się nie kończy…
– To prawda. Ze względu na moje wcześniejsze doświadczenia zawodowe trzecim segmentem naszej działalności jest reprodukcja nasienna roślin. Z uwagi na przewagę gleb słabych, mało zasobnych nie produkuje się głównie pszenicy. W tym zakresie działamy na rzecz 3 firm nasiennych, w sumie produkujemy około 1500 ton materiału siewnego rocznie. Tym samym przyczyniamy się do wdrażania do produkcji nowych odmian polskiej hodowli. Wraz z łubinem żółtym i innymi strączkowymi plantacje kwalifikowane zajmują w firmie około 500 ha z 1340 ha gruntów ornych. Naszym czwartym filarem jest ośrodek konferencyjno-rekreacyjny działający na bazie hotelu w zabytkowym pałacu z końca osiemnastego wieku. Dwa razy w roku organizujemy ogólnopolskie zawody we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego. Działający przy Stadninie Racocki Klub Jeździecki przez udział w sporcie promuje konie naszej hodowli.
Jak rozkładają się przychody spółki z poszczególnych segmentów działalności?
– Tak naprawdę konie stanowią wierzchołek działalności spółki, bo generują zaledwie około 10 proc. przychodów, następne 10 proc. – hotel. Resztę mniej więcej po równo stanowi hodowla bydła i produkcja roślinna. Z hodowli koni jesteśmy znani, mimo że stanowi ona niewielką część naszej działalności. Na rynku nie ma miejsca dla wielkich stadnin koni bez wsparcia finansowego z innej działalności gospodarczej. Myślę, że dobrze udało nam się połączyć tę hodowlę z produkcją roślinną i produkcją mleka.


























Dodaj komentarz