Biznes potrzebuje zdrowych ludzi
Zdrowie psychiczne pracowników przestało być wyłącznie ich prywatną sprawą czy tematem społecznym. Jest jednym z ważniejszych wyzwań dla współczesnych pracodawców, a zarazem jednym z fundamentów zdrowego społeczeństwa i zdrowej gospodarki – mówi Dominika Szefler-Kalbarczyk, współzałożycielka i prezes Kliniki Zdrowia Psychicznego „Odwróceni”.

W debacie publicznej często słychać głosy, że zdrowie psychiczne jest traktowane po macoszemu i znajduje dalekie miejsce na liście priorytetów rządzących, co przekłada się na jakość opieki. Zgodzi się pani z tym?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Zdecydowanie. Mamy ogromną dysproporcję między skalą problemu a tym, jak system na niego odpowiada. Kryzysy psychiczne przestały być problemem niewielkiej grupy osób. Depresja, zaburzenia lękowe, uzależnienia, samotność, kryzysy dzieci i młodzieży dzieją się wokół nas, w naszych rodzinach, szkołach, miejscach pracy. Najbardziej niepokoi mnie to, że człowiek w kryzysie psychicznym bardzo często potrzebuje pomocy natychmiast, a nie za kilka miesięcy. Tymczasem zderza się z kolejkami, brakiem specjalistów i systemem, po którym musi nauczyć się poruszać. A osoba, która nie ma siły wstać z łóżka, boi się wyjść z domu albo przestaje widzieć sens życia, nie ma zasobów, żeby dodatkowo walczyć o dostęp do leczenia. Przez lata traktowaliśmy zdrowie psychiczne jak mniej ważną część medycyny, mimo że psychika wpływa na zdrowie fizyczne, relacje, rodzinę, pracę, zdolność normalnego funkcjonowania.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym zdecydowanie za mało mówimy. Chodzi o wpływ zdrowia psychicznego na nasze życie zawodowe i na firmy. Kryzys psychiczny człowieka nie kończy się przecież za drzwiami jego domu. Widzimy go w wypaleniu, coraz częstszych zwolnieniach, problemach z koncentracją, spadku zaangażowania, konfliktach czy uzależnieniach. Czasami pracownik fizycznie obecny w pracy psychicznie jest na granicy swoich możliwości. Mówię to również jako przedsiębiorca.
Mając 26 lat, założyłam firmę logistyczną TSL Intermodal. Dzisiaj działamy na rynku międzynarodowym, współpracujemy z największymi światowymi korporacjami i koncernami, a skala odpowiedzialności jest zupełnie inna niż wtedy, gdy zaczynałam przygodę z biznesem. Posiadamy również koncesję na przewóz militariów, więc działamy w obszarze, w którym odpowiedzialność, bezpieczeństwo i odporność organizacji mają szczególne znaczenie. Z tej perspektywy wyraźnie widzę, że żadna firma nie istnieje bez ludzi. Możemy inwestować w technologie, procedury, zabezpieczenia, flotę, systemy, sprzedaż i rozwój, ale jeżeli ludzie przestają sobie radzić, wcześniej czy później zaczyna mieć problem organizacja.
W biznesie przez lata panowało przekonanie, że silny człowiek powinien zacisnąć zęby i pracować dalej. Tak można funkcjonować przez jakiś czas. Jednak w pewnym momencie organizm i psychika wystawiają rachunek w postaci wypalenia, depresji, uzależnienia, długotrwałej nieobecności w pracy, ale też kryzysu rodzinnego czy niezdolności do dalszego funkcjonowania, a nawet śmierci. Wtedy konsekwencje ponosi nie tylko człowiek i jego najbliżsi, lecz także firma.
Zdrowie psychiczne pracowników przestało być wyłącznie ich prywatną sprawą czy tematem społecznym. Jest jednym z ważniejszych wyzwań dla współczesnych pracodawców. Oczywiście ogromna odpowiedzialność leży po stronie państwa i systemu ochrony zdrowia, ale nie tylko. Chodzi o to, żeby szef potrafił zauważyć, że z pracownikiem dzieje się coś niepokojącego. Żeby nie bał się o tym rozmawiać i wiedział, gdzie można skierować go po profesjonalną pomoc. Dzisiaj pytanie nie brzmi już, czy problemy psychiczne dotyczą naszych pracowników, raczej: czy zauważymy je odpowiednio wcześnie i będziemy wiedzieli, jak zareagować. Zdrowie psychiczne nie jest luksusem. Jest jednym z fundamentów zdrowego społeczeństwa i zdrowej gospodarki.
W świecie biznesu sukces często idzie w parze z ogromną presją. Gdzie przebiega granica między naturalnym stresem związanym z prowadzeniem firmy a momentem, w którym warto zgłosić się po profesjonalną pomoc?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Dla mnie przez lata praca była ucieczką – przed depresją, przed potwornym lękiem, trochę przed samą sobą. W wieku 26 lat założyłam firmę logistyczną. Z jednej strony byłam młodą kobietą, która budowała biznes. Z drugiej, bałam się wyjść z domu. Przez lata nauczyłam się podejmować decyzje pod ogromną presją, negocjować duże kontrakty, odpowiadać za ludzi i poważne zobowiązania biznesowe. Jednocześnie przez znaczną część tego czasu mierzyłam się z depresją i zaburzeniami lękowymi. Dlatego wiem, że można osiągać sukcesy, zarządzać firmą, podejmować decyzje warte ogromne pieniądze, a po cichu bardzo cierpieć. Długo bałam się o tym mówić, szczególnie w świecie biznesu. Zastanawiałam się, co powiedzą moi partnerzy biznesowi, jak mnie ocenią, czy nadal będą mi ufać i powierzać kontrakty.
Dzisiaj wiem, że ten lęk nie powinien decydować o tym, czy sięgamy po pomoc. Człowiek nie staje się słabszym przedsiębiorcą dlatego, że choruje na depresję albo ma zaburzenia lękowe. Ale może bardzo długo udawać przed światem i przed sobą, że wszystko jest w porządku. Dlatego dla mnie granica przebiega tam, gdzie stres zaczyna zabierać nam życie: nie potrafimy już odpoczywać, nie śpimy, przestajemy być naprawdę obecni w kontakcie z bliskimi, nic nas nie cieszy, a praca staje się jedynym miejscem, w którym potrafimy uciec od własnych myśli. Sygnałem ostrzegawczym jest moment, kiedy to, co miało pomagać nam radzić sobie z napięciem – praca, alkohol, leki, sport – przejmuje nad nami kontrolę. Czasem problem nie polega na tym, że człowiek przestaje funkcjonować, lecz na tym, że bierze na siebie za dużo, nie dając sobie prawa, żeby się zatrzymać.
W biznesie jesteśmy przyzwyczajeni, że kiedy pojawia się problem, reagujemy. Analizujemy ryzyko, szukamy specjalisty, wdrażamy rozwiązanie. Kiedy problem dotyczy nas samych, potrafimy miesiącami, a czasem latami udawać, że go nie ma. Paradoksalnie wobec własnego zdrowia często podejmujemy ryzyko, na które nigdy nie pozwolilibyśmy sobie we własnej firmie. Tymczasem wcale nie musimy cierpieć. Naprawdę można sobie pomóc, odzyskać spokój, radość i życie, którego nie trzeba zagłuszać pracą. I chciałabym, żeby szczególnie ludzie biznesu przestali się bać sięgać po pomoc. To nie odbiera nam siły, kompetencji ani pozycji. To wręcz jedna z najbardziej odpowiedzialnych decyzji, jakie możemy podjąć.
Wielu przedsiębiorców zwleka z rozpoczęciem terapii, obawiając się utraty kontroli nad firmą lub stygmatyzacji. Jakie argumenty przekonują ich, że leczenie jest inwestycją, a nie porażką?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Myślę, że przedsiębiorców najbardziej blokuje przekonanie, że muszą być silni. Tyle że w biznesie nie musimy być specjalistami od wszystkiego. Kiedy mamy problem prawny, idziemy do prawnika. Gdy potrzebujemy finansowania, korzystamy z doradców. Kiedy coś nam dolega, idziemy do lekarza. Dlaczego więc, kiedy zaczyna chorować nasza psychika, nagle próbujemy być własnym psychiatrą i terapeutą?
Bardzo nie lubię słowa „porażka” w kontekście leczenia. Terapia nie odbiera kontroli, lecz pomaga ją odzyskać. I nie oznacza automatycznie wycofania się z życia zawodowego czy oddania firmy w cudze ręce. Wiem, jak realny jest ten lęk, bo sama prowadzę biznes. Może właśnie dlatego wyraźnie widzę pewien absurd. Potrafimy zabezpieczać firmę na dziesiątki sposobów, tworzymy procedury awaryjne, analizujemy ryzyka operacyjne, finansowe i prawne, a bardzo często nie zabezpieczamy osoby, bez której ta firma nie jest w stanie funkcjonować. Ignorujemy ryzyko, że człowiek, na którym biznes się opiera, pewnego dnia nie będzie miał już siły.
Dlatego leczenie jest dla mnie jedną z najważniejszych inwestycji, na jakie przedsiębiorca może się zdecydować. Siła nie polega na tym, żeby wytrzymać wszystko. Czasami największą siłą jest przyznać: „Potrzebuję pomocy”.
Prowadzony przez panią ośrodek współtworzy Michał Koterski, który otwarcie mówi o swojej drodze wychodzenia z uzależnienia. Co było motywacją dla pani i jak widzi pani swoją rolę w niesieniu pomocy tym, którzy jej potrzebują?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Klinika Odwróceni nigdy by nie powstała, gdyby nie nasze historie. Otworzyliśmy to miejsce, bo oboje wiemy, jak wygląda życie, kiedy człowiek zaczyna przegrywać sam ze sobą. Michał przez wiele lat zmagał się z uzależnieniem. Wie, czym jest utrata kontroli, wstyd, bezsilność, ale przede wszystkim wie, jak wygląda droga powrotna z miejsca, w którym człowiekowi wydaje się, że nie ma już wyjścia. Jego historia jest dowodem na to, że można odwrócić się od życia, które nas niszczy, i zacząć budować je od nowa. Nazwa „Odwróceni” nie jest przypadkowa.
Ja z kolei aż za dobrze poznałam depresję, paraliżujący lęk, ataki paniki. Kiedy miałam 26 lat, założyłam TSL Intermodal i… zachorowałam. Nagle mój świat praktycznie się zatrzymał. Przez pół roku niemal nie wychodziłam z domu. Później nauczyłam się funkcjonować, prowadzić biznes, rozwijać firmę, podejmować odpowiedzialne decyzje i odnosić sukcesy. Firma rosła razem ze mną. Ludzie widzieli i nadal widzą silną kobietę, która potrafi zarządzać firmą. Niewielu wiedziało, ile razy za zamkniętymi drzwiami ostatkiem sił walczyłam, żeby choć przez moment poczuć się bezpiecznie i doświadczyć namiastki normalności.
Dlatego Klinika Odwróceni nie powstała z chłodnej excelowej kalkulacji ani z pomysłu na atrakcyjną niszę, tylko z naszych doświadczeń i z przekonania, że można stworzyć miejsce, w którym profesjonalne leczenie będzie szło w parze ze zwykłym ludzkim zrozumieniem. Od początku wiedzieliśmy też, że nie chcemy stworzyć miejsca, które będzie zajmowało się wyłącznie jednym problemem, bo życie tak nie działa. Uzależnienie zwykle współwystępuje z depresją, lękiem, doświadczeniem traumy, a kryzys jednej osoby staje się kryzysem całej rodziny.
Michał potrafi spojrzeć człowiekowi w oczy i powiedzieć: „Wiem, gdzie jesteś. Sam tam byłem”. I ludzie mu wierzą, bo wiedzą, że to nie teoria. Ja wnoszę swoją historię życia z depresją i zaburzeniami lękowymi, a przy okazji 20 lat doświadczenia przedsiębiorcy. Wiem, jak zbudować organizację, dobrać ludzi, stworzyć warunki, aby zespół wykonywał swoją pracę na najwyższym poziomie. Właśnie tak rozumiem swoją rolę w Odwróconych. Nie zastępuję specjalistów, ale dbam, żeby jak najlepiej pomagali ludziom. My nie jesteśmy terapeutami i nie próbujemy nimi być. Klinika Odwróceni powstała z naszych trudnych doświadczeń, ale nie po to, żeby opowiadać nasze historie, tylko po to, żeby inni mogli zacząć swoje na nowo.

Dominika-Szefler-Kalbarczyk i Michał Koterski
Stworzyli państwo luksusowy ośrodek terapeutyczny na Mazurach z basenem, kortem, stadniną. Czy te atrakcje nie odciągają od sedna terapii?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Wręcz przeciwnie. Od początku zależało nam, żeby terapia nie odbywała się w całkowitym oderwaniu od życia. Pobyt w ośrodku jest tylko pewnym etapem, sprawdzian zaczyna się później, kiedy człowiek wraca do domu, rodziny, pracy, relacji i codziennych emocji. Michał doskonale wie, jak długo człowiek uzależniony może żyć w przekonaniu, że trzeźwość oznacza rezygnację z prawdziwego życia.
Jeśli człowiek tak wyobraża sobie swoją przyszłość, trudno oczekiwać, żeby naprawdę chciał zawalczyć o siebie. My chcemy, żeby człowiek popłynął łódką i zobaczył, że można zachwycić się Mazurami na trzeźwo. Żeby zagrał w tenisa, pojeździł konno, wskoczył do basenu, usiadł z innymi przy ognisku, śmiał się i któregoś dnia odkrył, że trzeźwość nie jest karą. Te aktywności nie są nagrodą po terapii ani sposobem na wypełnienie wolnego czasu. Są przestrzenią, w której człowiek może na nowo doświadczać przyjemności, relacji, emocji. Basen, kort, konie czy łódki nie zastępują terapii, ta jest fundamentem, ale jej efekty ostatecznie trzeba przenieść do prawdziwego życia.
Podobnie podchodzimy do kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie stosujemy jednej zasady wobec każdego pacjenta, bo każdy przyjeżdża do nas z innymi potrzebami. Wielu naszych pacjentów prowadzi firmy, zarządza ludźmi i ponosi odpowiedzialność, której nie da się po prostu wyłączyć na kilka tygodni. Jeżeli stan pacjenta, zasady leczenia i jego indywidualny proces na to pozwalają, może mieć określoną przestrzeń na kontakt z pracą. Czasami ta możliwość jest warunkiem, że przedsiębiorca w ogóle decyduje się na leczenie. Alternatywą nie zawsze jest terapia bez telefonu albo z telefonem. Czasami prawdziwy wybór sprowadza się do leczenia z rozsądnie ustalonymi granicami albo dalej odkładanego. Nie chcemy tworzyć ludziom idealnego świata. Chcemy, żeby cały proces leczenia pomagał im przygotować się do życia, do którego wrócą.

Klinika Zdrowia Psychicznego „Odwróceni”
Depresja, stany lękowe, różnego rodzaju uzależnienia to choroby, które odbijają się nie tylko na życiu pacjenta, lecz także jego bliskich. Czy terapia rodzinna pomaga w powrocie do zdrowia?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Zdecydowanie tak. Diagnozę dostaje jedna osoba, ale bardzo często choruje z nią cały dom. Depresja, zaburzenia lękowe czy uzależnienie wchodzą do związku, w relacje z dziećmi i rodzicami. Kiedy ktoś jest uzależniony, obok niego jest matka, która nie śpi w nocy i czeka na dźwięk klucza w drzwiach. Jest żona albo mąż, którzy kolejny raz słyszą: „Obiecuję, że to ostatni raz”, i bardzo chcą uwierzyć. Są dzieci, które czują, że w domu dzieje się coś złego. Podobnie jest z innymi chorobami. Cierpi człowiek, ale obok niego cierpi partner, który każdego dnia zastanawia się, co jeszcze może zrobić. Dlatego rodzina również potrzebuje pomocy, aby zrozumieć, co się wydarzyło, nauczyć się stawiać granice, przestać żyć w ciągłym poczuciu winy i strachu albo po raz pierwszy od dawna powiedzieć: „Ja też już nie mam siły”.
Od początku wiedzieliśmy z Michałem, że nie możemy patrzeć wyłącznie na człowieka, który przekracza próg Odwróconych. Zakończenie leczenia nie sprawia, że następnego dnia wszystko jest dobrze. Zaufania nie odbudowuje się jednym „przepraszam”. Czasami trzeba je składać kawałek po kawałku. Dlatego chcemy pomagać nie tylko pacjentowi, ale również jego bliskim. Sukcesem jest dla nas człowiek, który odzyskuje siebie i zaczyna odzyskiwać swoje życie. A jeśli razem z nim zaczyna zdrowieć jego rodzina, jeśli po latach strachu ludzie znowu potrafią ze sobą usiąść, rozmawiać, śmiać się, przytulić i powoli sobie zaufać, czujemy, że wydarzyło się coś wielkiego.
Co leży u podstaw sukcesu terapii, oczywiście zakładając, że punktem wyjścia jest wola pacjenta?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Wola pacjenta jest bardzo ważna, ale często nie wystarcza. Zdrowienie jest procesem, a motywacja w jego trakcie może się zmieniać. Czasami na początku tej woli w ogóle nie ma. Często problem znacznie wcześniej widzi rodzina, widzą przyjaciele czy współpracownicy. Nie zawsze można biernie czekać, aż któregoś dnia człowiek, któremu wydaje się, że ma wszystko pod kontrolą, sam powie: „Mam problem, chcę się leczyć”. Bliscy nie powinni zostawać z tym sami.
Warto szukać profesjonalnego wsparcia, dowiedzieć się od specjalistów, jak mądrze reagować i gdzie stawiać granice. A kiedy człowiek już podejmuje terapię, dla mnie jej fundamentem jest zaufanie, które musi iść w parze z gotowością do pracy. Terapeuta może towarzyszyć, pokazywać pewne rzeczy, konfrontować i dawać narzędzia, ale nie może wykonać tej pracy za drugiego człowieka. Nie chodzi o to, żeby terapeuta niósł ciężar za pacjenta. Celem jest moment, w którym człowiek zaczyna czuć, że znowu stoi na własnych nogach i że życie, które wydawało mu się stracone, wciąż może być jego.
Kolejna rzecz to właściwa diagnoza i dobrzy specjaliści. Nie można wszystkich leczyć według jednego schematu. Dlatego tak ważny jest indywidualnie dobrany plan leczenia. Ogromne znaczenie ma też relacja z terapeutą. Możemy mieć najpiękniejszy ośrodek i najlepsze warunki, ale jeżeli człowiek nie poczuje się bezpiecznie, trudno będzie mu otwarcie mówić o tym, co naprawdę przeżywa. I jeszcze jedno: terapia potrzebuje czasu. Zdrowienie rzadko przebiega po linii prostej. Są lepsze i gorsze momenty. Ważne, żeby nie uznać trudniejszego dnia czy potknięcia za dowód, że wszystko było na nic.
Czy znając środowisko biznesu, a także kultury, zauważa pani większą świadomość społeczną i coraz szersze rozumienie troski o zdrowie, które przekłada się na zdrowe podejście do aktywności zawodowej?
Dominika Szefler-Kalbarczyk: Tak. Coraz częściej słyszę w świecie biznesu i kultury słowa, których kiedyś prawie się nie wypowiadało: terapia, depresja, wypalenie, ataki paniki, uzależnienie. Coraz więcej ludzi ma odwagę powiedzieć: „nie daję rady”, „potrzebuję pomocy”. To ogromny postęp. Bardzo dużo nauczyło nas młodsze pokolenie. My byliśmy wychowywani w kulcie wytrzymałości. Praca po kilkanaście godzin? Sukces. Cztery godziny snu? Dasz radę. Urlop? Później. Rodzina? Jak skończymy projekt. Zdrowie? Zajmiemy się nim, kiedy będzie więcej czasu. Młodsze pokolenie znacznie odważniej zadaje pytanie, którego my często sobie nie zadawaliśmy: „Po co właściwie ten cały sukces, jeśli ceną ma być nasze zdrowie i życie?”.
Można przez lata zdobywać kolejne szczeble, zarabiać coraz więcej, budować coraz większą firmę, a któregoś dnia zorientować się, że mamy wszystko, czego kiedyś chcieliśmy, tylko nie umiemy się tym cieszyć. Sama dopiero uczę się odpoczywać bez poczucia winy. W tym roku pojechałam na urlop pierwszy raz od 4 lat. Przez lata przyzwyczaiłam samą siebie do tego, że odpoczynek jest czymś, na co trzeba zasłużyć. Uczę się, że można na chwilę odłożyć telefon, że firma poradzi sobie beze mnie. Uczę się, że można rano pójść na spacer, usiąść nad wodą i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Dla kogoś, kto przez większość dorosłego życia uciekał w pracę, to nie są banały. Dzisiaj sama zupełnie inaczej definiuję sukces. To dla mnie umieć powiedzieć: „stop”.
Oczywiście nadal mamy przed sobą dużo pracy. W biznesie i kulturze sukces jest częścią wizerunku. Pokazujemy kontrakty, nagrody, kolejne osiągnięcia. Znacznie rzadziej mówimy o cenie, jaką za to płacimy. Dlatego tak ważne jest, żeby obok rozmowy o wynikach, rozwoju i ambicjach znalazło się miejsce na rozmowę o granicach, odpoczynku i zdrowiu psychicznym. Cieszy mnie też, że widzę zmianę na poziomie dużych organizacji, kiedy zgłaszają się do nas międzynarodowe korporacje z prośbą o objęcie swoich pracowników opieką psychologiczną i psychiatryczną. To przykład dojrzałego podejścia do odpowiedzialności pracodawcy. Nie czekamy, aż ludzie przestaną sobie radzić. Tworzymy możliwość otrzymania pomocy wcześniej.
Każdemu człowiekowi sukcesu powiedziałabym: „Nie odkładaj siebie na później, firma może poczekać”. Nie czekajcie, aż choroba zabierze Wam coś, czego później nie będzie można odzyskać. Firma może mieć następcę. Stanowisko może objąć ktoś inny. Kolejny kontrakt podpisze ktoś inny. Świat będzie trwał. Zanim uratujesz kolejny projekt, firmę czy kawałek świata, uratuj siebie. Nie za rok, nie kiedy będzie spokojniej. Teraz. Być może najważniejszą decyzją, jaką podejmiesz w swojej karierze, nie będzie decyzja biznesowa. Być może będzie to decyzja, że tym razem wybierasz siebie.
Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Niechaj
Zdjęcia: archiwum prywatne Dominiki Szefler-Kalbarczyk


























Dodaj komentarz