Menu
Siedlisko Milachowo
Menu

Transport publiczny – bez pieniędzy i kontroli

Trzeba zadać sobie pytanie, czy państwo rzeczywiście chce wspierać transport. I czy jest w stanie zapewnić każdemu dostęp do komunikacji publicznej, dysponując miliardem złotych. Moim zdaniem nie – to kosztowałoby jakieś 5 miliardów. Jednostki samorządowe też nie są zainteresowane, bo z funduszu dostają na ten cel według nich za mało− mówi Zdzisław Szczerbaciuk, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji.

Zdzisław Szczerbaciuk, prezes PIGTSiS

Zdzisław Szczerbaciuk, prezes PIGTSiS

Jaki jest stosunek Izby do planowanych zmian w prawie, ujętych w projekcie ustawy o zmianie ustawy o transporcie publicznym?

Zdzisław Szczerbaciuk: W 2019 r. w Unii Europejskiej weszło w życie rozporządzenie, w którym określono warunki funkcjonowania publicznego transportu zbiorowego osób na obszarze UE. Uregulowało ono kilka kwestii. Przede wszystkim ustalono, że każdy podmiot działający na rynku ma prawo do  działania na tym rynku, a każde postępowanie musi być publiczne i transparentne. Ponadto mówi ono o tym, że odpowiedzialność za komunikację zbiorową przynależy samorządom, choć oczywiście każde państwo samodzielnie ustala strukturę. Stwierdzono też, że transport publiczny wymaga dopłat i określono warunki przyznawania środków na ten cel w trybie i wysokości odmiennej niż podstawowa pomoc udzielana przedsiębiorcom.

Polska w 2010 r. przyjęła ustawę wdrażającą te uregulowania, która nie przyjęła się, ponieważ samorządy nie były skłonne do pokrywania strat, a w konsekwencji firmy przewozowe zamykały się. Z ponad 170 PKS-ów zostało ponad 50, a olbrzymie tereny zostały bez komunikacji publicznej. W związku z tym w 2019 r. w Polsce przyjęto ustawę o funduszu rozwoju przewozów autobusowych, żeby wesprzeć transport, dotując jednostki samorządowe będące organizatorami komunikacji zbiorowej. Paradoksalnie na początku nie było chętnych na te środki, bo jak państwo daje, to musi być haczyk. I tak w pierwszym roku z funduszu opiewającego na 800 mln zł rozdysponowano ok. 13 mln zł. W kolejnych latach fundusz się rozkręcił. W tej chwili pula w funduszu to ok. 1,2 mld zł i środków nie starcza, bo wszyscy się nauczyli, że nie ma pułapki, a przy tym trudno o kontrolę tych wydatków. To tak zwany łatwy pieniądz.

Od 2019 r. komunikacja publiczna powinna odbywać się na podstawie wspomnianego rozporządzenia, ale zasada ta nie obowiązuje. Mamy ustawę, która daje odpowiedzialność samorządom i tyle. Od kilku lat minister jest pod presją, ponieważ środków na transport brakuje, a samorządy żądają więcej. Doszło do tego, że państwo miało wspomagać samorządy, a w zasadzie sprowadziło się to do tego, że państwo niemal w całości finansuje transport drogowy osób. Takie są skutki nieprecyzyjnie napisanej ustawy.

Jaki więc jest pomysł rządu na poprawę obecnej sytuacji?

Zdzisław Szczerbaciuk: Już w zeszłym roku Ministerstwo zapowiadało nowelizację ustawy, po czym przedstawiono projekt, na którym nie zostawiliśmy suchej nitki – oczywiście przyjmując perspektywę branży, w której interesie działamy. Teraz, po roku, rząd robi drugie podejście. Nowy projekt zakłada przekazanie uprawnień w zakresie organizacji transportu zbiorowego i zarządzania nim, tyle że nie ma słowa o jawności, którą forsuje Unia. Ma być jak w latach 50. W Polsce jest w użyteczności publicznej ok. 10 tysięcy linii autobusowych. Nierealne jest, aby podlegały one jednemu organowi, bez doświadczenia i stosownych narzędzi.

Centralizacja, do której dąży rząd, jest w naszej opinii niedopuszczalna. Przekreśla bowiem sprawiedliwe funkcjonowanie rynku w transparentnych warunkach. Żeby móc oceniać i krytykować, poprosiłem o publiczne dane za 2025 r. dotyczące przewozów. Jesteśmy przerażeni, bo okazuje się, że nie ma rozdziału środków w zależności od potrzeb, tras, liczby pasażerów. Każdy gracz dostaje po równo. Mamy obawy, że marszałkowie będą preferować swoje firmy. Cała nadzieja w tym, że urzędnicy działają zgodnie z literą prawa.

Jako Izba podnosimy też, że pieniądze przyznawane w 2025 r. były niejednokrotnie przyznawane bez podstawy prawnej. Od lat śledzimy rynek, znamy środowisko i realia, dlatego nie wierzymy, że system w zaproponowanym kształcie może działać dobrze. Żadna z 10 tysięcy linii, które dziś funkcjonują w komunikacji publicznej, nie była przydzielona w ramach procesu publicznego. O jakiej kontroli więc mówimy? Pieniądze są dziś rozdawane bez żadnego nadzoru.

Trzeba zadać sobie pytanie, czy państwo rzeczywiście chce wspierać transport. I czy jest w stanie zapewnić każdemu dostęp do komunikacji publicznej, dysponując miliardem złotych. Moim zdaniem nie – to kosztowałoby jakieś 5 miliardów. Jednostki samorządowe też nie są zainteresowane, bo z funduszu dostają na ten cel za mało. W nowelizacji pada pomysł przekazania sektora gminnym związkom, ale te powstają głównie w okolicach dużych miast, gdzie trudno mówić o wykluczeniu komunikacyjnym. Kolejny punkt, który wydaje mi się abstrakcyjny, mówi o tym, że komunikacja użyteczności publicznej jest na żądanie. Jak miałoby to wyglądać? Odpowiedzi brak. Owszem, idea przewozów dla osób niepełnosprawnych jest chlubna, ale nie w ramach transportu publicznego. I takie absurdy znalazły się w proponowanej nowelizacji uchwały.

Sądzi pan, że projekt przejdzie?

Zdzisław Szczerbaciuk: Jeśli minister zgodzi się na dorzucenie kolejnego miliarda złotych do funduszu, to projekt nie przejdzie. Jeśli dodatkowe środki się nie znajdą, to trzeba przeforsować nowelizację i oddać władzę marszałkom. Nasi członkowie poddają się temu, co dzieje się na szczycie, obserwują sytuację i próbują się w niej odnaleźć. Jeśli nie podołają, kolejne firmy będą upadać i rynek jeszcze bardziej się skurczy.

Co jest dziś największym problemem firm przewozowych?

Zdzisław Szczerbaciuk: Przede wszystkim niepewność prawa, która nie pozwala na stabilizację i racjonalne planowanie długoterminowe. Drugim poważnym problemem, który hamuje rozwój przewoźników jest brak kierowców. Za chwilę okaże się, że przy wszystkich inwestycjach w komunikację publiczną nie będzie komu jeździć.

Z czego to wynika?

Zdzisław Szczerbaciuk: Młodzi ludzie nie chcą być kierowcami. Dlatego mamy do czynienia ze zjawiskiem napływu kierowców spoza UE: Ukrainy, Białorusi, Indii, Filipin. Wynagrodzenia w transporcie publicznym są za niskie, nieadekwatne do odpowiedzialności.

Poważnym problemem jest też szara strefa. Dlatego od dawna postulowaliśmy, żeby każdy autobus miał GPS, dzięki czemu kursy są udokumentowane. Wszystko trzeba kontrolować, inaczej sprzyjamy nieuczciwym praktykom.

W jakim obszarze podmioty działające na rynku przewozów potrzebują szkoleń i edukacji?

Zdzisław Szczerbaciuk: Swego czasu Unia wprowadziła obowiązek cyklicznego szkolenia kierowców. Przygotowaliśmy się do tego, nawet mieliśmy wybudować w tym celu specjalny tor, ale w Polsce kierowcy zawodowi praktycznie się nie szkolą. Obowiązek jest omijany na różne sposoby. Indywidualnie, zależnie od sytuacji i zapotrzebowania danej firmy, prowadzimy doradztwo o charakterze prawno-ekonomicznym. Nie ma dwóch firm w takim samym położeniu, które potrzebowałyby tej samej wiedzy. Najlepiej sprawdzają się szkolenia indywidualne, poparte konkretnymi danymi. Zawsze powtarzam, że najlepszy dyrektor firmy przewozowej z Siedlec może polec, zarządzając taką firmą w Płocku.

Jak wygląda polski rynek przewozowy pod względem floty i infrastruktury?

Zdzisław Szczerbaciuk: Krótko mówiąc, mamy muzeum. Przy cenie autobusu oscylującej w granicach miliarda złotych i dziennym przebiegu ok. 100 km, sam koszt amortyzacji to wartość rzędu 7-8 zł. Stary autobus to koszt rzędu kilkudziesięciu groszy. Wtedy biznes się spina. Regiony nie mają środków na zakup nowych autobusów, zwłaszcza elektrycznych. Zresztą jest określone formalnie, że autobus w eksploatacji nie może być starszy niż 20-letni. To chyba wiele mówi. W ten sposób generuje się przepaść między komunikacją miejską a przewozami regionalnymi. Inna sprawa, że ludzie coraz częściej przenoszą się za miasto, ale chętniej korzystają z samochodów niż przewozów publicznych. A jeśli nie ma woli ze strony mieszkańców, to samorządom tym bardziej nie zależy, żeby coś się zmieniło. Podobnie jest z dworcami. Mało który gospodarz JST ma z czego zainwestować w taki projekt. Chyba że dworzec łączy się z galerią handlową.

Jakie widzi pan perspektywy dla rynku przewozów na najbliższe lata?

Zdzisław Szczerbaciuk: Rynek przewozu osób będzie zależał przede wszystkim od dofinansowania, a to zależy w dużej mierze od tego, na ile państwo stać. Przychody z biletów w komunikacji miejskiej pokrywają ok 20 proc. ponoszonych wydatków. Nie można organizować komunikacji za pieniądze pasażera. Patrząc na całość budżetu państwa, nakłady potrzebne na transport to nieznaczący margines, tyle że takich potrzeb jest bardzo wiele, każdy chciałby coś wywalczyć.

Na czym teraz skupiają się działania Izby?

Zdzisław Szczerbaciuk: Przede wszystkim na tym, że nasi członkowie jakoś na tym wzburzonym morzu prawa i ekonomii dobijali do brzegu. Rynek przewozowy się kurczy, więc musimy dbać, żeby powstrzymać tę tendencję. Problemem jest to, że w Polsce władza lubi władzę i nie dopuszcza do pieniędzy żadnych organizacji, nawet tych, które mają o potrzebach branży dużo większe pojęcie.

Obok tych spraw merytorycznych na październik przygotowujemy konferencję na targi motoryzacyjne w Kielcach, którą organizujemy co 2 lata. Chcemy się na niej skupić na odpływie kierowców z branży. Po raz drugi będziemy też w tym roku współorganizatorem Mistrzostw Polski Kierowców Autobusowych, również w Kielcach. W ub.r. byliśmy mile zaskoczeni, gdy w eliminacjach do Mistrzostw Świata, które odbędą się w tym roku w Niemczech, na podium stanęli w większości kierowcy PKS-ów, a nie jak zwykle autobusów turystycznych.

Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Niechaj

Zdjęcie: PIGTSiS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.