W środku społecznej ewolucji
Myśląc o naszym polskim samorządzie, pewnie większość z nas wizualizuje sobie całkiem przystojnego 25-latka o bystrym spojrzeniu, w którym zobaczymy też kilka jak najbardziej prawdziwych i teraźniejszych trosk. Tymczasem ów młodzieniec przed chwilą ściął naprawdę bujną, siwą brodę. Wiosen bowiem na jego barkach znacznie więcej niż nam się wydaje. Dzisiaj to jednak nie swary o metrykę polskiego samorządu wysuwają się na pierwszy plan. Bardziej istotne jest wskazanie, jaka przyszłość czeka naszego przystojniaka (abstrahując chociaż na chwilę od jego prawdziwego wieku) i czy dalej może patrzeć w dal z nadzieją w oczach, czy może – nieco uderzając w fatalistyczną nutę – drapiąc się po głowie, powinien kombinować co dalej, bo obecny ład prędzej czy później się skończy. Takie są prawa społecznej ewolucji
Michał Tabaka
Od blisko roku, jak Polska długa i szeroka, organizowane są konferencje, seminaria, warsztaty z okazji 25-lecia samorządu terytorialnego. Cieszymy się, wspominamy 4 czerwiec 1989 roku, potem ojców najważniejszych reform – w tym administracyjnej właśnie. Nieprzypadkowo obecnych 12 miesięcy nazwano Rokiem Samorządności. W ramach jego obchodów organizowany będzie m.in. Dzień Samorządu Terytorialnego w Pałacu Prezydenckim (27 maja) czy 30-lecie Europejskiej Karty Samorządu Lokalnego (Warszawa, 17–18 wrzesień). Nie zliczymy wszystkich referatów i wykładów, które zostaną wygłoszone w najbliższych miesiącach, wychwalających istotę samorządu, który wedle wielu (i słusznie), traktowany jest jako fundament demokracji. Warto jednak przy tej okazji nieco szerzej otworzyć oczy i zauważyć, że ów wychwalany pod niebiosa samorząd ma w kraju nad Wisłą historię zdecydowanie dłuższą od ćwierć wieku i – jak to u nas – nieco skomplikowaną i poszarpaną.
Jeszcze zanim stary świat nieomylnych monarchii zaczął chylić się ku rychłemu upadkowi, zanim ów kres jednoznacznie wprowadziła w życie Rewolucja Francuska, samorządność (być może nie w tej formie, jaką znamy dzisiaj) rodziła się jakby sama z siebie (lub z naturalnych ludzkich potrzeb) i miała się jak najlepiej.
Bo czym jest samorząd, czym samorządność? W oceanie definicji można wyłowić kilka wspólnych zrębów. Dla większości z nas samorządność to w jakimś stopniu organizowanie się, by efektywnie móc o sobie decydować, nakreślać kierunki rozwoju, identyfikować konieczne modyfikacje. Zanim więc skoncentrujemy się na samorządzie terytorialnym, którego tort urodzinowy już znalazł się na stole, oderwijmy (na chwilę) samorządność od ziemi, a skojarzmy ją z ludźmi – ich potrzebą wspólnego działania, poszukiwania łączących interesów.
„Greckie” doświadczenia
Tak upatrywana samorządność nakazuje nam cofnięcie się w czasie znacznie głębiej niż do później wiosny 1989 roku ubiegłego stulecia. Otóż w 1016 roku ówczesny król Bolesław Chrobry polecił zapewnić wdowom i małoletnim sierotom oraz ubogim prawa do obrońców z urzędu. To spowodowało zawiązywanie się w grupy interesów ówczesnych adwokatów – co wedle wielu znawców – jest zaczątkiem samorządności na ziemiach polskich. Dwa stulecia później – pod wpływem niemieckiej kolonizacji – powstające miasta, prócz praw miejskich, otrzymywały nadto prawo do organizowania cechów rzemiosł. Dobrym przykładem takich praktyk jest Toruń, który prawa miejskie otrzymał w 1233 roku. W latach 1235–1255 powstały tu pierwsze cechy rzeźników, piekarzy, organizacja kupców-kramarzy oraz cech szewski, zrzeszający także garbarzy.
W rozumieniu terytorialnym samorządu – dla porządku rzeczy – nie sposób nie wspomnieć o reformach Klejstenesa (508–507 p.n.e.), które wprowadziły na życiowe salony demokrację greckich polis. Tam pojawia się „ogół obywateli” i takie rządy, by ów „ogół” mógł się dalej rozwijać. „Greckie” doświadczenia pozwalają nam spojrzeć na samorządność z jeszcze innej niż dotychczas strony. Na przestrzeni paru tysięcy lat wydaje się, że samorządność to pewien etap ewolucji całych społeczeństw. Że po tysiącach lat, kiedy główny (niekiedy jedyny) nurt życia społecznego nadawał jednoosobowo władca, ludzie zapragnęli czegoś więcej, jakiejś odnowy. I jak w każdej innej dziedzinie, tak też tutaj, zmiany następowały wolno, niekiedy jakby z boku głównego nurtu.
Często właśnie zawodowe współistnienie (wedle profesji), ale nie tylko, było początkiem szeroko rozumianej samorządności, która na przestrzeni następnych stuleci nabierała coraz wyraźniejszej oprawy. W tym miejscu warto na chwilę spojrzeć na cały Stary Kontynent. Ostatnie kilkanaście lat XVIII wieku to prawie pod każdą szerokością geograficzną zmierzch monarchii. Ludzie mają już serdecznie dosyć, że ich los jest w rękach władcy, który ma zupełnie inne interesy od nich i nad losem przysłowiowego Kowalskiego nawet się nie pochyli. Chcą zmian, dzięki którym nie tylko będzie im się żyło lepiej, ale w jakiejś przynajmniej minimalnej części będą mieć wpływ na otaczającą ich rzeczywistość.
Popatrzmy teraz na Rewolucję Francuską, jak na swoistą soczewkę tych europejskich oczekiwań. Obalenie feudalnej monarchii absolutnej oraz doprowadzenie do stworzenia ustroju demokracji obywatelskiej opartej na ideach oświecenia spowodowały, iż po raz pierwszy w historii Europy pojawiły się ustrojowe przesłanki dla powstania samorządu w znaczeniu nauki prawa administracyjnego. Właśnie na kanwie dążeń, by obywatele mieli jakikolwiek wpływ na władzę.
Chęć samoistnienia
W pracy Sławomira Stanisława Dębskiego pt. „Kształtowanie się samorządu terytorialnego: przeszłość i teraźniejszość” (Grudziądz 2014) czytamy: „Idea regionalizmu zapoczątkowana została w okresie renesansu, tj. od XV wieku. Następnie ruch ten, umacniając się w tradycji okresów oświecenia, romantyzmu i pozytywizmu, ogarnął swym zasięgiem Europę. Jego różnorodność wyniknęła m.in. z historycznych uwarunkowań polityczno-społecznych i gospodarczych poszczególnych państw.
Wyrażała się w obronie i utrwalaniu tradycji narodowych i środowiska lokalnego. Przykładem stały się: 1. kataloński ruch regionalny artykułujący dążenie do autonomii kulturowej o podłożu politycznym, 2. duński, o dążeniach kulturowych, 3. szwajcarski, o charakterze etnicznym, 4. angielski, mający podstawy w tradycyjnym samorządzie terytorialnym (podział na hrabstwa) dążył do zachowania specyfiki kulturowo-społecznej i ograniczenia władzy Londynu, 5. francuski, domagający się decentralizacji państwowej i przyznania szerszych kompetencji lokalnych, 6. niemiecki, zmierzający do odbudowy państwa na zasadach decentralizacji władzy, 7. włoski, decentralistyczny, szczególnie uwzględniający kulturę tradycyjną lokalnie, 8. polski, narodowowyzwoleńczy, który w 1926 roku uzyskał program, uznany w 1928 roku za rządowy, o charakterze integrującym państwowo z uwzględnieniem różnic lokalnych i decentralizacji władzy.”
Ewolucyjne podejście do samorządów wskazuje, że taki oddolny ruch można było zauważyć wszędzie – taka była po prostu kolej rzeczy. Te europejskie grupy pragnęły samorządności ponad wszystko z różnych powodów. Chęć samoistnienia była jednak wspólna. I podobnie jak w przypadku innych, też ewoluujących podmiotów, potrzebny był czas i pierwsze usankcjonowanie w prawie.
Idee wolności jednostki i gminy, zawarte w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, skonkretyzowano w konstytucji z 1791 roku. Ta stanowiła, że gmina jest odrębną od państwa jednostką prawną, posiadającą własne prawa samorządzenia, do których zaliczano: prawo zarządu swym majątkiem i dochodami, utrzymywania własnych zakładów na użytek powszechny obywateli, troskę o porządek publiczny i bezpieczeństwo na obszarze gminy, prawo wyboru na określony czas tych spośród siebie, którzy pod nazwą urzędników municypalnych mieli kierować sprawami gminy. Miała ona również realizować – choć już nie jako prawna neutralnie – czynności zlecone przez państwo. Zarówno koncepcja gminy z początkowego okresu rewolucji, oparta na prawach ukształtowanych na wzór odrębnej jednostki, jak i koncepcja pełnego podporządkowania gminy państwu wywarły wyraźny wpływ na modele samorządu terytorialnego tworzonego w poszczególnych państwach.
Rzecz jasna takiemu samorządowi czy takiej samorządności jeszcze trochę brakuje do zjawisk dzisiaj znanych i obserwowanych. Chodzi bardziej o wskazanie ogólnych tendencji. Nie bez znaczenia jest fakt, że w tamtych czasach równolegle budzi się wśród wielu etnicznych grup chęć samoistnienia i samodecydowania. Nie inaczej jest w kraju nad Wisłą. U nas też zalążkiem samorządności są organizacje rzemieślnicze czy izby gospodarcze lub samorządy zawodowe. W 1791 roku do Konstytucji 3 Maja włączono ordynację miejską oraz prawo o sejmikach. Ordynacja miejska m.in. stanowiła, że w miastach królewskich wybierani mogli być burmistrzowie i wójtowie.
Później największego rozróżnienia zasad prawnych i usankcjonowania samorządności dokonują zabory. W zaborze pruskim wprowadzono trójstopniowy podział administracyjny. Samorząd występował w gminie, powiecie i na szczeblu prowincji. W Królestwie Kongresowym samorząd terytorialny funkcjonował w bardzo ograniczonym zakresie. Inaczej sytuacja przedstawiała się na obszarze zajętym przez monarchię Habsburgów, gdzie najsilniejsze instytucje samorządowe posiadały miasta. Po 1867 roku obszar zaboru austriackiego został objęty szerokimi swobodami narodowymi i obywatelskimi. Odzyskanie niepodległości przez Polskę stawiało przed krajem spore wyzwania. Także te dotyczące podziału władzy czy prawnego usytuowania całego terytorium.
Silny duch samorządności
Konstytucja Marcowa z 1921 roku wprowadziła na terenie całego kraju trójstopniowy podział administracyjny w postaci: gmin miejskich i wiejskich, powiatów oraz województw. Ważnym aspektem wprowadzanych zmian była decentralizacja samorządu. 23 marca 1933 roku przyjęto tzw. ustawę scaleniową. Wyłączona z niej była największa metropolia kraju, czyli Warszawa, oraz struktury powiatowe na Śląsku, który na mocy Statutu Organicznego z 15 lipca 1920 roku był województwem autonomicznym. Kompetencje ustawodawstwa i samorządu śląskiego były bardzo szerokie, w tym powołano jednoizbowy Sejm Śląski. Wyłączone były jedynie kompetencje z zakresu polityki zagranicznej i wojskowej.
Konstytucja kwietniowa (23 kwiecień 1935 roku) wprowadza związki celowe jednostek samorządu, by w ten sposób efektywniej wykonywać zadania szczególne. Wtedy, przed II wojną światową w kraju nad Wisłą istniały: 264 powiaty (w tym 23 grodzkie), 611 gmin miejskich, 3195 gmin wiejskich oraz ponad 40 tys. gromad, jako jednostek pomocniczych. Hitlerowska okupacja wszystko zmieniła, ale ducha samorządności zabić nie zdołała. Stworzono Polskie Państwo Podziemne z delegaturami na szczeblu wojewódzkim oraz powiatowym i gminnym. Mimo dobrych fundamentów, rychłe odbudowanie kraju po wojennej niedoli jednak się nie udało.
Czego nie potrafił niemiecki żołnierz – żołdak Stalina już jak najbardziej. Teraz jednak wiemy, że zapowiedzi powrotu do Konstytucji Marcowej nie były niczym innym, jak tylko odpowiednią propagandą. To co się stało po 1947 roku (przy okazji sfałszowanych wyborów) przygotowywano wcześniej. W Poczdamie, Jałcie, wreszcie Teheranie. O pakcie Ribbentrop-Mołotow już nie wspominając. Na wzór sowiecki wprowadzono w całym kraju wojewódzkie, powiatowe i gminne rady narodowe, które początkowo obsadzane były na zasadzie politycznej kooptacji – bez wyborów. W następnych dekadach, aż do 1990 roku, nigdy nie odbyły się wolne i nieskrępowane wybory ani do parlamentu, ani do tzw. „rad narodowych”.
Mimo funkcjonowania w obiegu urzędniczym i propagandowym takich pojęć jak „samorząd terytorialny”, w PRL-u samorządność nie istniała. Jeżeli chodzi stricte o podział terytorialny (na chwilę odsuwając na bok prawdziwą ideę samorządności), to wszystko zaczyna się od ustawy z 20 marca 1950 roku o terenowych organach jednolitej władzy państwowej. Wtedy, oprócz istniejących 14 województw, wyodrębniono 3 następne, przy czym dodatkowo miasta Warszawa i Łódź były miastami na prawach województwa. W 1957 roku wyodrębniono kolejno Kraków, Wrocław i Poznań. W roku 1975 utworzono 49 województw i zniesiono powiaty. Taki stan rzeczy obowiązywał aż do narodzin III Rzeczypospolitej.
Ten historyczny rys konieczny jest po to, byśmy doceniali, co teraz mamy. Bo to, co mamy, zawdzięczamy przede wszystkim reaktywacji samorządu terytorialnego. Rządowemu zespołowi do spraw reformy samorządu terytorialnego przewodził Jerzy Regulski – ten sam, który podczas obrad Okrągłego Stołu był jednym ze współprzewodniczących zespołu do spraw samorządowych.
Pierwsze wolne wybory
8 marca, ćwierć wieku temu, Sejm przyjmuje ustawę o samorządzie gminnym. 27 maja 1990 roku odbywają się pierwsze od lat 30. wolne wybory samorządowe. Wtedy, na początku odradzania się demokracji nad Wisłą, lokalne komitety wyborcze zajęły drugie miejsce z wynikiem 24,7 proc. głosów, za Komitetem Obywatelskim „Solidarność” (53,1 proc.). Dwa lata później, w październiku 1992 roku posłowie głosują za ustawą o wzajemnych stosunkach między władzą ustawodawczą i wykonawczą Rzeczpospolitej Polskiej oraz o samorządzie terytorialnym. W kwietniu zaś roku następnego Polska, jako jeden z nielicznych krajów ze Starego Kontynentu, ratyfikowała w całości Europejską Kartę Samorządu Terytorialnego (przyjęta w 1985 roku, mocy prawnej nabrała 1 września 1988 roku). Dopełnieniem wewnętrznych przemian w tym kierunku było wprowadzenie 1 stycznia 1999 roku trójstopniowego podziału terytorialnego i trzech szczebli samorządu: gminy, powiatu i województwa.
Prace mogły pójść znacznie szybciej. Już Michał Kulesza, pełnomocnik rządu Hanny Suchockiej do spraw reformy administracji publicznej, proponował zmiany podziału administracyjnego pochodzącego z czasów PRL-u. Dla młodej polskiej demokracji była to jednak jedna z wielu nauk. Polityka rządzi się swoimi prawami. Konkretnie nad pracami w tym kierunku usiedli członkowie gabinetu Jerzego Buzka. I bodaj ostatnim akcentem ukształtowania dzisiejszego samorządu była ustawa z 20 czerwca 2002 roku o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza i prezydenta miasta.
Dzisiaj z jakimkolwiek samorządowcem (zwłaszcza takim „z krwi i kości”, nie związanym z żadnym ugrupowaniem politycznym) porozmawiamy, usłyszymy z pewnością radość z możliwości samoistnienia. Włodarze poszczególnych gmin, powiatów, miast i województw mają możliwość rozdysponowania budżetowych pieniędzy wedle własnego uznania, pamiętając jednocześnie, że przed wyborcami będą musieli wytłumaczyć się ze swoich decyzji.
Oprócz nieukrywanego optymizmu od tego samego samorządowca dowiemy się jednocześnie o wielu sprawach, których odcień jest nieco smutniejszy. Bez wątpienia obecnie zdecydowana większość przedstawicieli jednostek samorządu terytorialnego szczerze utyskuje na ilość obowiązków zrzucanych na ich barki przez władzę centralną. Co gorsza – jak twierdzą – nie idą za tym realne pieniądze. Jednym tchem wymieniają utrzymanie u siebie oświaty, służby zdrowia czy pomocy społecznej, o mieszkalnictwie nie wspominając.
Co bardziej zapalczywi dodają ustawę śmieciową, wzór Rostowskiego czy coroczne wahania i opóźnienia w przekazywanych przez stolicę pieniądzach z tytułu zapłaconych podatków. Nawet jak postaramy się jedynie część tych ognistych w swym wyrazie argumentów odsunąć na dalszy plan, to i tak będziemy musieli samorządowcom trochę racji przyznać. Przecież najwięksi ekonomiści wskazują, że taka jest kolej rzeczy. Pilnując gospodarki centralnej, trzeba niekiedy część obowiązków scedować na mniejszych. Efekt? Z jednej strony mieliśmy doniesienia o niezłym polskim PKB i wszelkich innych wskaźnikach gospodarczych – zwłaszcza na tle innych krajów z Unii Europejskiej, a z drugiej czytaliśmy artykuły o bankructwach tej czy tamtej gminy lub kłopotach w wypłacalności pensji dla nauczycieli w tak potężnych miastach jak Kraków.
Samorządność to ludzie
Akceptując część argumentów i uświadamiając sobie obecne zagrożenia samorządów, głównie natury stricte finansowej (chociaż w kontekście obowiązujących przepisów prawa i koniecznych zmian niektórych z nich z pewnością też), trzeba spojrzeć także na tzw. drugą stronę medalu. Rozglądając się za jedną rzeczą, która mogłaby jakoś polskim przedstawicielom JST poprawić realnie humor, zdecydowanie na pierwszy plan wysuwają się fundusze europejskie. Trudno dywagować, co by było, gdyby nie strumień gotówki z Brukseli.
Dane są nieubłagane. I idealnie pokazują, co dla naszych samorządów oznacza ta europejska pomoc. Już mało kto przed kolejną siedmiolatką (2014–2020) zapomina o tzw. wkładzie własnym. W 2012 roku samorządy przykręciły kurek z pieniędzmi na inwestycje i trwa to do teraz. O ile w 2011 roku wydatki majątkowe sięgały 42,4 mld zł, to w rok później zmniejszyły się do 35,2 mld zł, czyli o 17 proc. Gorszy wynik zanotowano w 2008 roku. Wówczas lokalne władze wydały 31,9 mld zł. Od roku 2015, kiedy realnie będzie można uruchomić pieniądze europejskie z nowego budżetu Wspólnoty, przewidywane jest poruszenie inwestycyjne w polskich wsiach i miastach, co tylko dobitniej pokazuje to przełożenie.
– Jako były burmistrz mogę powiedzieć, że moi następcy bez pieniędzy europejskich nie mieliby najmniejszych szans na zrealizowanie wielu projektów. Unia Europejska przydała nam się jako instrument do zmieniania, pod warunkiem, że mieliśmy pomysł – przekonuje europoseł Jan Olbrycht. Patrząc na budżet z lat 2007–2013, można być co najmniej umiarkowanym optymistą. Przecież teraz dostaniemy jeszcze więcej pieniędzy. W sumie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2007–2013 Mazowsze otrzymało 1,86 mld euro.
Łącznie JST z tamtego regionu udało się zdobyć 4,56 mld zł na zrealizowanie 553 projektów. Są to inwestycje, z których na co dzień korzystają lub będą korzystać mieszkańcy całego Mazowsza. W województwie łódzkim unijne środki zainwestowano m.in. w autostrady, trasy szybkiego ruchu, modernizację kolei Warszawa-Łódź, budowę nowego dworca i rozbudowę lotniska. Jedną z wizytówek Łodzi stała się hala widowiskowo-sportowa Atlas Arena, gdzie odbywają się największe imprezy sportowe, koncerty czy targi, które bez niej nigdy by do Łodzi nie trafiły. Śląskie pozyskało w sumie ponad 1,5 mld zł, co realnie przełożyło się na przeszło 4500 inwestycji. Marszałek województwa chwalił się takimi zadaniami jak: Drogowa Trasa Średnicowa, nowa kolejka Elka w Parku Śląskim, Pracownia Sztucznego Serca w Zabrzu czy Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka w Katowicach lub istotne dla lokalnych społeczności – pływalnia w Rybniku i hala wielofunkcyjna w Bielsku-Białej.
T
aka wyliczanka za 8 lat pewnie będzie jeszcze okazalsza. Co potem? Nasze samorządy zaczynają się zmieniać. Zaczynają rozumieć, że prawdziwa samorządność, to nie urząd i jedynie przedłużenie władzy centralnej. Prawdziwą samorządność znajdziemy w ludziach. Dlatego jak najbardziej powinny cieszyć przykłady partycypacyjności w naszych miastach. Włodarze coraz częściej pytają mieszkańców o zdanie. Rzecz jasna, jest w tym sprytny zabieg marketingowy, odpowiednio podsycany ma zapewnić reelekcję. Dzięki temu sami mieszkańcy jednak zaczynają realnie odczuwać, że naprawdę mają na coś wpływ. Powoli na mapie naszego kraju zaczyna brakować miejsc, gdzie nie przeprowadzono budżetu obywatelskiego, nie zorganizowano konsultacji społecznych.
Bardziej samorządowy samorząd
Tak rysuje się jedna z alternatywnych przyszłości polskiego samorządu, który będzie z władzą centralną w tzw. małżeństwie z rozsądku, ale w pierwszej kolejności będzie reprezentantem interesów tworzących go mieszkańców. To nie kwestia przepisów prawa. Te przecież odpowiednie już mamy. Bardziej chodzi o zmianę mentalności, by ci, którzy dzierżą w rękach władzę – czy to na szczeblu lokalnym czy centralnym – chcieli wreszcie pojąć, że samorządność to spory współudział samych mieszkańców w rządzeniu.
Na razie sytuacja wygląda tak: prawo jest gotowe, ale polska mentalność już nie. Koronnym przykładem tej tezy jest zebranie przez blisko milion rodziców podpisów pod petycją o referendum i skreślenie wielomiesięcznego wysiłku w kilka sekund – wolą większości z 460 posłów. Dając z Warszawy takie przykłady Polsce samorządnej, na sukces nie mamy żadnych szans. Kreślenie wizji, że w kraju nad Wisłą nagle będzie jak w Szwajcarii, gdzie demokracji na drugie imię właśnie referendum, ciągle pozostanie marzeniami ściętej głowy. Konieczna jest też zmiana w nas samych. Znawcy tematu podkreślają, że w Polsce jest bardzo kiepski kapitał społeczny. Przeprowadzone przeszło 5 lat temu badania wskazywały, że 97 proc. z nas nigdy nie pracowało jako wolontariusze dla żadnej organizacji charytatywnej, 92 proc. Polaków nie utrzymuje bliższych kontaktów z sąsiadami, a 90 proc. młodych potomków Zagłoby nie odczuwa żadnych zobowiązań wobec swojego kraju, miasta, osiedla.
Podłoże do tych zmian akurat teraz (za kilka lat może być różnie) jest idealne. Do 2020 roku nasze JST dostaną co najmniej 17,77 mld euro z UE. Według szacunków rządowych suma może być jeszcze większa, bo na inwestycje do polskich samorządów w tym unijnym budżecie ma trafić 23 proc. wszystkich środków polityki spójności przyznanych Polsce na lata 2014–2020. Przypomnijmy, że w poprzedniej siedmiolatce (2007–2013) ten wskaźnik wyniósł 30 proc. i wcale nie jest wykluczone, że teraz nie będzie podobnie.
Jeżeli nie nastąpią jednak w kolejnej dekadzie jakieś realne zmiany – i w mentalności ogólnej, i w przepisach prawa, być może także w modelach finansowych – to coraz głośniej słychać będzie tych, którzy w JST widzą prawie całe zło tego świata. Szybko wymieniają krytyczne zadłużenie naszych wsi i miast, rzekome odrealnienie samych samorządowców czy tworzenie budżetów miast na zasadzie rywalizacji walki wyborczej. Niezależnie od takich poglądów, niezależnie też od zidentyfikowanych ułomności polskich samorządów – ich reaktywację rozpoczętą 25 lat temu bezsprzecznie trzeba uznać za sukces. Lata lecą, zmienia się świat. Trzeba się do tych realiów, do nowych wyzwań po prostu dostosować i pozwolić ewoluować. W naturalnym kierunku – by samorząd był jeszcze bardziej samorządowy. Ku dobru tak całego kraju, jak i właśnie małych ojczyzn i ich mieszkańców.


























Dodaj komentarz