Menu

Menu

Jerzy Stępień – Przekrój rury kanalizacyjnej nie ma wymiaru politycznego

Samorząd terytorialny jest już mocno osadzony w naszym społecznym i państwowym życiu. Oczywiście zawsze może być lepiej, ale niech fakty mówią za siebie. W ostatnich latach poziom zaufania do władz samorządowych oscylował zwykle na poziomie około 70 proc., ale w tym roku, mierzony w kwietniu, sięgnął rekordowych 74 proc. To jest pułap nieosiągalny w przypadku każdej innej władzy publicznej.

Jerzy Stępień – sędzia Trybunału Konstytucyjnego (1999–2008)

Tegoroczne badanie zbiegło się z czasem pierwszych reakcji na stan pandemiczny wywołany koronawirusem. Wiadomo, że władze lokalne, ale także regionalne, zdały i nadal zdają pozytywnie egzamin w obliczu tej zaskakującej, dramatycznie trudnej sytuacji. W wielu wypadkach wykazały niezwykłą elastyczność, ale przede wszystkim efektywność.

Jerzy Stępień

Jerzy Stępień – sędzia Trybunału Konstytucyjnego (1999–2008)

Brawo Poznań i Lubuskie

Mam tu na myśli zdecydowane i trafne kroki podjęte przez władze Poznania, które koncertowo wręcz przygotowały miasto na pierwszy atak pandemii, odwołując się do hojności miejscowego biznesu, a także przedsięwzięcia władz Lubuskiego Sejmiku Samorządowego, które potrafiły natychmiast zorganizować potrzebne transporty niezbędnych środków, głównie maseczek, zza granicy, nie zaliczając przy tym żadnej wpadki. Można? Można – chciałoby się złośliwie wytknąć autorowi tego skrzydlatego słowa.

Pewnie te i podobne zdarzenia odnotowywane w całym kraju w nadzwyczajnej sytuacji miały wpływ na jeszcze wyższy niż dotychczas poziom społecznego zaufania. A może to już stała tendencja? Zobaczymy za rok. A jest to rok bardzo trudny z powodu wyzwań, jakie ten nieszczęsny koronawirus postawił przed wszystkimi władzami i służbami. Jednym z nich jest przewidywany spadek dochodów samorządów, a jednocześnie pojawienie się nowych wydatków, o których jeszcze pół roku temu nikomu się nie śniło. Odbije się to głównie na poziomie inwestycji samorządowych, których nie uratują nawet największe transfery z Unii Europejskiej, bo tej niespodziewanej luki w dochodach przecież nie zasypią.

Z niepokojem myślimy o początkach roku szkolnego. Nie sposób teraz przewidzieć, jaka będzie sytuacja we wrześniu i w październiku, ale jest oczywiste, że to na samorządy gminne i powiatowe spadną najtrudniejsze zdania organizacyjne związane z oświatą, która będzie wymagała elastycznych, zróżnicowanych i nieszablonowych kroków. Nie wspomnę o problemach systemu ochrony zdrowia, który zapewne ujawni nowe niedomagania, bez możliwości likwidacji żadnego z dotychczasowych.

Co poszło nie tak

Są jednak i wpadki. Co prawda rzecz, o której poniżej, nie ujawniła się na szczęście w szerszej skali, ale sporo krwi napsuła nie tylko w tych miejscach, gdzie radni bez wyobraźni wpędzili siebie i swoje społeczności w niebezpieczne meandry, z których nie ma łatwego wyjścia. Mowa tu o tych wszystkich lekkomyślnych lecz „ciężkoskutkowych” uchwałach o „strefach wolnych od LBGT”. Nie sądzę, by projekty tych uchwał zrodziły się spontanicznie wśród samych radnych, bez żadnych inspiracji płynących od związanych z nimi środowisk politycznych. Stało się. Zawiedli nie tylko głosujący za tymi uchwałami radni, ale też cały system nadzoru nad samorządem znajdujący się w rękach administracji rządowej.

Wszystkie uchwały lądują z mocy prawa na biurkach wojewodów, a oni od tego właśnie są, by eliminować produkty legislacyjne niemające podstawy prawnej. Nie znajdziemy takiej podstawy ani w katalogu zadań własnych, ani ustawowo zleconych. Skąd zatem taka pozaustawowa aktywność? Nie odnotowałem też ani jednego przypadku ingerencji wojewody jako kontrolera tych uchwał. Jeśli nie zostaną odwołane przez same rady, pozostaje nam czekać na inicjatywę obywateli, którzy mają w tym przypadku wszelkie dane, aby domagać się ich uchylenia. Mam nadzieję, że w miarę szybko te kompromitujące uchwały zostaną właściwie ocenione przez sądy administracyjne, które przywiązują dużą wagę do konstytucyjnej normy wymagającej, aby wszelkie działania samorządowej władzy publicznej zawsze były podejmowane – jak chce art. 7 Konstytucji – na podstawie i w granicach prawa.

Skoro LGBT to ideologia, jak utrzymuje Andrzej Duda, a nie ludzie, to doprawdy trudno pojąć, dlaczego samorząd angażuje się w spory ideologiczne „poza granicami prawa”. Dotychczas nigdy i nigdzie tego nie robił i dlatego dobrze na tym wychodził. Ale jeśli uznamy, co jest powszechnie przyjmowane, że akronim LGBT oznacza ludzi, to wręcz strach pomyśleć, co radni mieli na myśli, wdając się w całą tę awanturę o międzynarodowym – jak się okazało – wydźwięku. Mam nadzieję, że to kompromitujące zamieszanie będzie dobrą nauczką na przyszłość i powstrzyma aktywistów będących zwolennikami upolitycznienia, a właściwie upartyjnienia samorządu terytorialnego przed podobnymi wycieczkami w niebezpieczne rejony, na dodatek pod przewodnictwem różnej maści ideologów i politykierów.

Warto w tym kontekście przypomnieć słynne zdanie nieodżałowanego pierwszego prezydenta Poznania Wojciecha Szczęsnego Kaczmarka, że „przekrój rury kanalizacyjnej nie ma wymiaru politycznego”. Mody na ideologie szybko przemijają, ale źle położona rura kanalizacyjna o nieoptymalnym przekroju i na dodatek z niewłaściwego materiału może zatruć życie mieszkańcom (czyt. wyborcom). Niekoniecznie od razu, ale zawsze dotkliwie i na długo. Skupienie się na realizacji tych zadań, które są naprawdę ważne dla ludzi, i poszukiwanie efektywnych rozwiązań dla coraz to nowych wyzwań czyni pracę i misję samorządu najbardziej atrakcyjną, a wszelkie ideologiczne zaczadzenia są naprawdę bardzo nieekologiczne.

Pieniądze zawsze drażliwe

Na koniec tego małego przeglądu aktualności samorządowych trzeba odnieść się do ostatniego pomysłu „obozu dobrej zmiany”, który zdołał wywołać kryzys polityczny, szczególnie po stronie opozycji. Chodzi oczywiście o znaczące podwyżki dla całej klasy politycznej, które obwieściła ostatnio gwiazda internetu i publicystyki: „Ja, Eliza Michalik, Wam to mówię: te pieniądze im się po prostu należą”. Można by to uznać za zamykający sprawę komentarz, gdyby nie pewien poważniejszy problem, od którego nie uciekniemy. I nie chodzi tylko o samorządowców, idzie o całą sferę wynagrodzeń w sferze publicznej. W porządnym państwie musi działać w tej przestrzeni system i to system obejmujący właśnie całą przestrzeń publiczną. III Rzeczpospolita nie stworzyła takiego systemu. Wybrała regulacje sektorowe. Być może dlatego, by rządzący mogli zachować możliwość sterowania poszczególnymi grupami zawodowymi tej sfery. Nie wiem.

Sam fakt, że po 30 latach mamy co najmniej dwie ustawy dotyczące urzędników w administracji rządowej już wystarczająco dowodzi niekoherencji. To tak jakby w armii funkcjonowały dwa korpusy oficerskie – wcześniej czy później musiałoby dojść do wojny domowej co najmniej na pałasze. Mamy inne regulacje w sądownictwie, inne w aparacie kontroli, co administracja specjalna, to inne zasady wewnętrznej organizacji i różne regulacje dotyczące wynagradzania. Nie wspomnę o sferze przedsiębiorstw państwowych. Oddzielnie patrzymy pod tym względem na ochronę zdrowia, całe szkolnictwo, jeszcze inaczej na szkolnictwo wyższe. W takim systemie/niesystemie co chwilę musi dochodzić do konfliktów i oddzielnych negocjacji z poszczególnymi grupami zawodowymi. W rezultacie płace nie są wynikiem racjonalnego ułożenia części wobec całości, ale efektem siły w danym momencie stron tych negocjacji. To jest droga donikąd.

Nie wiem – na koniec – czy Pani Prezydentowa ma z czego żyć i za co się ubierać. Stając obok męża 5 lat temu, chyba nie mogła liczyć na jakieś apanaże z tego tytułu, ale wiem jedno: gdyby ostatecznie doszło do ustalenia dla niej wynagrodzenia, to tylko z jednoczesnymi warunkami określania jej praw i obowiązków. Przecież zawsze musi być wiadomo, co jest za co.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.