Menu
  • Menu

    PCBC lider badań i certyfikacji

    c14090563Kluczem do przetrwania jednostek certyfikujących jest posiadanie kompleksowej oferty zarówno badawczej, jak i certyfikacyjnej. Jako lider na krajowym rynku możemy pochwalić się posiadaniem najwyższych kompetencji w wielu branżach, co pozwala osiągać nam zamierzone efekty. To jest właśnie siła PCBC – mówi dr Michał Pachowski, prezes Polskiego Centrum Badań i Certyfikacji S.A.

    PCBC, kojarzone z certyfikacją, z powodzeniem realizuje również działalność badawczą. Do jakich odbiorców kierują państwo ofertę w tym zakresie i na czym jest ona skupiona?

    – Przede wszystkim do szeroko rozumianego przemysłu, tj. do producentów różnego rodzaju wyrobów elektrycznych, medycznych, chemicznych, przy czym szczególny nacisk kładziemy na dwóch pierwszych. Posiadamy niezbędny sprzęt do przeprowadzania badań nad bezpieczeństwem, świadczymy usługi certyfikacyjne w zakresie oceny zgodności.

    Czy w grę wchodzą badania tylko dla polskich przedsiębiorców, czy również zagranicznych?

    – To zależy od rodzaju badań. Jeśli chodzi o branżę elektryczną, to odbiorcami naszych usług są głównie polscy producenci sprzętu agd – pomagamy im przy ubieganiu się o znaki B i CE. Jeśli zaś chodzi o medycynę, to naszymi kooperantami są firmy z całego świata. Trzeba być świadomym, że aby wyroby medyczne zaistniały na rynku europejskim, muszą być spełnione odpowiednie kryteria zapisane w dyrektywach, a my jesteśmy tą jednostką, która ma uprawnienia do ich sprawdzania.

    Czyli rozumiem, że jeśli ktoś z innego krańca globu wyprodukował sprzęt i chce go wprowadzić na polski rynek, musi zgłosić się do państwa, aby uzyskać na to pozwolenie?

    – Dokładnie tak. Jednostka certyfikacyjna taka jak nasza ocenia bezpieczeństwo tego sprzętu nie tylko jeśli chodzi o rynek polski, lecz także inne rynki Unii, więc producenci ze Stanów Zjednoczonych i z Japonii zgłaszają się do nas, a my wykonujemy badanie i – przede wszystkim – nadajemy im certyfikaty.

    Czy to, że jesteśmy konkurencyjni cenowo, ma znaczenie dla zachodnich producentów, i – co za tym idzie – wybierają oni certyfikację u nas, a nie na zachodzie Europy?

    – Cena ma oczywiście znaczenie, ale drugą kwestią jest czas, w jakim certyfikacja zostaje przeprowadzona – wiadomo wszak nie od dziś, że czas to pieniądz. W tej kwestii również oferujemy dobre warunki, co skutkuje wzrostem liczby klientów. Zresztą na tę dodatnią dynamikę wpływają ostatnie działania Komisji Europejskiej w segmencie certyfikacji usług medycznych. Zachodzą w nim duże zmiany, bowiem unijni urzędnicy stwierdzili, że jest tam za dużo jednostek certyfikujących i chcą ograniczyć ich liczbę.

    To chyba dobrze, że w końcu ktoś zauważył ten trend i postanowił sprawdzić jednostki certyfikujące. Od wielu lat zajmuję się certyfikacją usług medycznych i od dawna miałem wrażenie, że jest na rynku wiele firm, które z jakością mają mało wspólnego, a wydawanie certyfikatów traktują jak świetny biznes.

    – Nie do końca się z panem zgodzę, bowiem nadzór nad jednostkami certyfikującymi był i nadal jest. Certyfikacji wyrobów medycznych postanowiono się przyjrzeć na skutek problemów z implantami piersi, o których było głośno jakiś czas temu. Stwierdzono, że nie wszystkie spełniają wymogi jakościowe, mimo że miały certyfikaty. Postanowiono zatem odgórnie narzucić na jednostki certyfikujące wyśrubowane wymagania, co automatycznie spowodowało, że część firm została wyeliminowana z rynku. Nie ukrywam, że taka naturalna selekcja konkurencji działa na naszą korzyść. Wiadomo, że ograniczenie podaży powoduje wzrost zainteresowania firmami, które zostały na rynku, a jako że mamy duże doświadczenie, coraz więcej klientów z różnych stron świata wybiera właśnie naszą ofertę.

    Te firmy znikają z rynku, bo są złe?

    – Część na pewno, ale też atmosfera, która towarzyszy kontroli, powoduje, że część jednostek sama rezygnuje z działalności. Przyjeżdżają na nie przedstawiciele Komisji Europejskiej z losowo wybranymi przedstawicielami jednostek certyfikujących wyroby medyczne. Bardzo szczegółowo sprawdzają praktycznie wszystko i te firmy, które wiedzą, że niejako ślizgały się po tej jakości, wolą same zniknąć z rynku, niż podjąć trud sprostania nowym wytycznym.

    Czy w wykorzystaniu tej sprzyjającej sytuacji upatrują państwo możliwości dalszego rozwoju?

    – Zdecydowanie tak. Czynimy bardzo wiele, żeby utrzymać ten zakres usług, bo jak dotychczas jesteśmy jedną z niewielu w tej części Europy jednostek certyfikujących, które mają tak szerokie kompetencje, jeśli chodzi o dyrektywy unijne z zakresu medycznego.

    Panie prezesie, ale rynek medyczny rozwija się w zawrotnym tempie, wchodzą nowe technologie. Ktoś wymyśla coś nowego, trzeba to sprawdzić. Co państwo muszą zrobić, żeby być zawsze krok przed?

    – Decydujące znaczenie ma tutaj czynnik ludzki. Cały czas rekrutujemy specjalistów w danej dziedzinie. Właśnie w kwestii ich kompetencji Komisja Europejska postawiła bardzo rygorystyczne wymogi. Do oceny produktów medycznych nie wystarczy już tylko tytuł doktora nauk medycznych, potrzebna jest praktyka przy produkcji, co skutkuje tym, że w niektórych obszarach bardzo ciężko jest znaleźć ekspertów. Kolejną przeszkodą dla firm może być fakt, że trzeba ich zatrudniać na etatach, co generuje dodatkowe koszty.

    Czy na wzór rynku medycznego również inne branże powinny zostać „wyczyszczone”?

    – Trudno dać tutaj jednoznaczną odpowiedź. Trzeba bezwzględnie podkreślić, że system oceny certyfikatów w Polsce działa, bowiem jest nadzór nad akredytacjami, które musi posiadać jednostka certyfikująca. Natomiast może rzeczywiście należałoby się przyjrzeć całemu rynkowi certyfikacji. Jakby nie patrzeć, obok firm akredytowanych są także takie, które działają bez akredytacji, bo nie jest ona wymagana w przypadku niektórych gałęzi gospodarki. Skutek jest taki, że w zasadzie każdy może otworzyć firmę i wydawać certyfikaty, i nie poniesie z tego tytułu żadnych konsekwencji. Pytanie tylko, czy byłaby taka wola regulacyjna, bo to spowodowałoby, że część jednostek musiałaby zostać zamknięta.

    Zastanawiam się, czy nie lepsza byłaby idea powołania stowarzyszenia jednostek certyfikujących – mam tu na myśli prężne ciało, które byłoby w stanie wewnętrznie się kontrolować, tak jak jest to na innych rynkach. Narzucanie kontroli rządowej mogłoby spowodować pewnego rodzaju zamieszanie i protesty. Natomiast w momencie, kiedy środowisko samo się kontroluje i nie dopuszcza do tego, aby jakość spadała, wszystko wraca na właściwe tory. Aby jednak tak się stało, potrzeba zgody uczestników rynku, czyli na dobrą sprawę konkurentów. Nie mnie prognozować, czy byliby w stanie sobie zaufać. Nie ulega jednak wątpliwości, że w pewnych segmentach rynku, chociażby w energetyce, taka wewnętrzna kontrola jest wskazana.

    Pomysł jest odważny, ale podejrzewam, że od razu pojawiłyby się głosy, że stowarzyszenie ma niecne plany i zamierza zawrzeć zmowę cenową…

    – Możliwe, nie twierdzę, że to łatwe kwestie. Wszyscy wychodzimy od jakości – chcemy, aby produkt, który trafia do konsumenta, był jak najlepszy i bezpieczny. Z drugiej strony, naturalnym jest, że regulacja rynku pociąga za sobą wzrost cen – skoro ogranicza się liczbę graczy na rynku, a jednocześnie nakazuje się im zatrudniać ekspertów, to innej możliwości nie ma. Jeśli poprzestalibyśmy na tym, że postanawiamy trzymać wysoką jakość, ale za niską cenę, to z góry wiadomo, że nie ma to racji bytu. I to pewnie kwestia kluczowa, bo w Polsce – niestety – ciągle patrzymy na cenę. Odczuwamy to na własnej skórze przy każdym przetargu, do którego stajemy. Dopóki mówimy o jakości, wszystko jest dobrze, a potem okazuje się, że i tak decyduje cena. Nie ma znaczenia, jaką jakość oferuje zwycięzca, tylko to, za ile wykona usługę.

    Stanowisko prezesa PCBC objął pan kilka miesięcy temu. Do tego czasu sfera badawcza była w nim nieco zaniedbana, pan postanowił ją reaktywować. Jakie cele przyświecają tym zmianom?

    – Od początku uważałem, że rozwój PCBC powinien iść właśnie w tym kierunku. To nie są tylko plany, proces ten już trwa, chociażby dzięki badaniom na zgodność z dyrektywą ROHS, czyli dotyczącym zawartości niebezpiecznych substancji w wyrobach. Z sukcesem przeszliśmy proces akredytacyjny i w chwili obecnej jesteśmy gotowi dostarczyć naszym klientom produkt najwyższej jakości, którego w Polsce jeszcze nikt nie oferuje. Widzimy, że był to strzał w przysłowiową dziesiątkę, gdyż nasze usługi cieszą się dużym zainteresowaniem, chociażby ze względu na fakt, że cenowo jesteśmy bardziej przystępni niż nasi zachodni partnerzy.

    Sporo zainwestowaliśmy w doposażenie naszych laboratoriów, dzięki czemu będziemy mogli spełnić wymagania naszych klientów w zakresie badań i certyfikacji. Żeby przyznać certyfikat na jakiś wyrób, najpierw trzeba wykonać szereg badań, które do tej pory zlecaliśmy zewnętrznym podmiotom, teraz chcemy sami je wykonywać i na ich podstawie certyfikować. Dzięki temu klient nie będzie musiał chodzić od jednej firmy do drugiej, ale w jednym miejscu skorzysta z kompleksowej usługi, co zaoszczędzi mu i czasu, i pieniędzy. Podsumowując, widzimy, w jakim kierunku idą zmiany, i zdajemy sobie sprawę, że już teraz musimy za nimi podążać, aby za jakiś czas nie musieć szukać zastępczych rozwiązań.

    Przedstawiciele sektora badawczo-rozwojowego wszelkich niepowodzeń upatrują zazwyczaj w zbyt małych finansach. Czy pana zdaniem to jedyna bolączka tej części gospodarki?

    – Skłamałbym, gdybym powiedział, że jest tak dobrze, że nie musimy myśleć o finansach. Wiadomo, że koszty badań są wysokie, a każdy przedsiębiorca chce wykonać je jak najtaniej. Możemy tylko pomarzyć o sytuacji sprzed 10, 15 lat. Ona nigdy nie wróci, bo jednostek certyfikujących jest bardzo dużo, więc musimy walczyć o klienta, stojąc jednocześnie na straży jakości i bezpieczeństwa. Na szczęście mamy know-how w tym obszarze.
    Chcąc, żeby było lepiej, ciągle inwestujemy i szukamy nowych rynków. Jesteśmy przekonani, że w dłuższej perspektywie szeroka specjalizacja w jednej dziedzinie może nie wystarczyć. Możliwością przetrwania jednostek certyfikujących jest w zasadzie kompleksowa oferta. My ją tworzymy dzięki współpracy naszych oddziałów, z których każdy specjalizuje się w wąskiej branży – Gdańsk to głównie budowlanka, Piła to szeroko rozumiana chemia i rolnictwo ekologiczne, Warszawa zaś systemy zarządzania, medycyna i elektryka. To jest właśnie siła PCBC.

    Rozmawiał Mariusz Gryżewski Drukowanie

    Udostępnij w sieci ....Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *